Cykl pt. "Kwadrans z fantazją"
Zimowe bajki dla dzieci.
Jolanta Walentyna Sobolewska
 

 

    W każdy wtorek lutego 2018 r. w Galerii Baśni i Snów Jolanty Walentyny Sobolewskiej na Facebook odbywał się wirtualny "Kwadrans z fantazją", gdzie można było posłuchać miłej, zimowej historii, przeznaczonej dla bajsłuchaczy - małych i całkiem już dużych. Wszystkie cztery filmowe bajsłuchowiska opowiadają o domku pod lasem, gdzie mieszka Kasia i Krzyś oraz inne postaci bardzo lubiące zimę. Oto te cztery bajeczki w formie tekstowej. Linki do bajsłuchowisk poniżej.
 

Zapraszam - Wasza bajmalarka

 

 

 

Bajka pierwsza:

"Bałwanka Turlaczka Marzenie"

 

 

     Któregoś pięknego wieczoru na szaroburą ziemię spadł od dawna oczekiwany, czyściutki, biały śnieg.  Dzieci, tuż przed kolacją, oczarowane wspaniałym widokiem poprosiły mamę, by móc dziś jeszcze ulepić w ogrodzie dużego bałwana. W czapeczkach i rękawiczkach, cieplutkich, puchowych kurtkach zbierały ten biały puch, by stworzyć śniegowe kule.
 

- Turlamy tak i turlamy, zobaczcie, jaki wspaniały bałwanek nam z tego wychodzi! – krzyczał Krzyś w stronę okna, gdzie stali tam w kuchni rodzice.

- Damy mu kapelusik z sylwestrowego wieczoru – powiedziała podekscytowana  mała Kasia i pobiegła czym prędzej do domu. Po chwili wróciła z czerwonym i błyszczącym nakryciem głowy dla bielutkiego  waćpana.
 

- Nie było śniegu w Święta – rzekła mama do taty patrząc przez kuchenne okno na zabawę dzieci - nie było i w Nowy Rok, a teraz, gdy kończy się styczeń,  nareszcie zrobiło się biało. Oj, szkoda, że wczoraj rozebraliśmy choinkę, tak ładnie do śniegu by nam pasowała. Żeby tylko dzieciaki nie załapały kataru! – złapała się mama za policzki widząc, jak Kasi spadła czapeczka.

 

Dziewczynka jednak szybciutko założyła ją z powrotem, lecz najpierw przymierzyła bałwanka lśniący kapelusz.

 

- Niechaj się dzieci nacieszą – odpowiedział tata obejmując mamę – Śnieg stopnieje nim się obejrzymy, a dzisiaj kolacja na ciepło, więc się rozgrzeją przed snem.

 

Kasia i Krzyś połączyli wielkie śniegowe kule i umieścili węgielki  oraz marchewkę, gdzie trzeba. Stanęli na przeciw bałwanka i podziwiały swe dzieło. A kotek Mruczek  łasił się do nich, zerkając jednak nieufnie  na nowego mieszkańca podwórka.

 

- Ach, jaki ładny nam wyszedł! – klaskały dzieciaczki w dłonie i zaśmiewały się głośno do białych gwiazdeczek z nieba.  Jeszcze przez chwilkę porzucały się śnieżkami i pożegnały bałwanka, by iść już na kolację. A żeby i on nie był głodny, to ulepili mu lody.

 

- Do rana Bałwanku Turlaczku! Tylko nie stopniej nam czasem! – pomachały mu rączkami w mokrych rękawiczkach i pobiegły w podskokach do mamy.

 

Śnieg padał coraz gęstszy, wirując na tle nocnego, granatowego nieba. Kot Mruczek obszedł bałwanka łypiąc ciekawie na niego.

 

- Cześć kocie – odezwał się bałwanek kręcąc nieznacznie marchewką, bo jedna ze śnieżnych gwiazdek połaskotała go w nos.

 

- Oooo… - Mruczek podskoczył w popłochu -  to ty umiesz gadać?!

 

- A ty tez potrafisz? – odrzekł głośno  Turlaczek i się uśmiechnął szeroko do zdziwionego kota.

 

- No.. ja.. też – pokiwał głową kocur -  ale wiesz, ani słowa ludziom! By mnie na śmierć zagadali, gdyby się dowiedzieli. Nie masz pojęcia jak mnie męczyły dzieciaki w Wigilię, gdy już pod choinką rozpakowali prezenty! „A powiedz coś, kotku, no Mruczku,! Mruczusiu, choć słówko, prosimy!” – tak mi mówili do uszka, ale ja twardo udawałem, że nie wiem, o co im chodzi! No oni, ci mówię bałwanku, bez przerwy  rozmawiają! I ja bym tak musiał też z nimi! No nie ma mowy, o nie!

 

- Rozumiem, Mruczku, no dobrze. Ach, jaki ładny ten świat. – rozejrzał się Bałwan Turlaczek po zaśnieżonym podwórku. – Dostali , mówisz,  prezenty? Ach..  chciałbym być wtedy z wami, cieszyć się piękną choinką i może też upominkiem..  To moje wielkie marzenie  – westchnął patrząc  w dal.

 

I nagle usłyszał muzykę. Płynęła gdzieś nie za głośno zza ośnieżonych drzew.  A że bałwanek był muzyczny bardzo, jak każdy śniegowy płatek, co w sobie ma wiele melodii i najpiękniejszych piosenek, to wsłuchał się w dźwięki z rozkoszą i zaczął kołysać się tańcu.

 

- To lodowisko – burknął kot – tam jeździ się na łyżwach.

 

- Ja też chcę na łyżwy, koniecznie! – i nagle, nie wiedzieć skąd, na jego śniegowych stopach pojawiły się piękne, błyszczące łyżwy. Bałwanek roześmiał się głośno i już mknął po lodzie wesoło, bo tuż przy skalniaczku, w ogrodzie zamarzła niewielka sadzawka.

 

Tańczył, wirował  i sunął w koło piruetem a tuż pod lodem rybki goniły bałwanka po rysowanych śladach. I tak ta zabawa trwała, aż się Turlaczek nie znudził. A potem zdjął piękne łyżwy, by zmienić obuwie na narty! Szusował po całym podwórku, kijkami się dzielnie odpychał, wskakiwał na zaspy śnieżne i zjeżdżał z nich slalomami, wciąż poprawiając kapelusz. Bo wiedzieć musicie, kochani, że rondo nakrycia głowy Bałwanka Turlaczka niezwykle mocno pragnęło odczepić się od jego głowy!

 

I w pewnym takim momencie, wiatr zerwał mu jego kapelusz, porwał go mocno, wysoko i poniósł gdzieś dalej, za dom. Bałwanek wraz z Mruczkiem pobiegli by zgubę szybciutko odszukać.

 

- Nie wiem, gdzie on mógł odlecieć! – załamał dłonie Turlaczek. – tu ciemno tak bardzo, już noc!

 

- A ja go widzę, mój drogi, bo koty to mają oczy, co widzą w ciemnościach największych! Mraauu  – rzekł mrucząc z dumą puszysty, zadowolony rudzielec.

 

Za kopcem kompostu, za domem, pokryta śniegowym puchem, leżała smutna choinka, bez lampek, bez ozdób, cichutka. Gdy zobaczyła swych gości, machnęła ciut łysą gałązką, gdyż już igiełki straciła, bo wszystko musi mieć kres.

 

- Witaj choinko ostatnich Świąt Bożego Narodzenia! – zamruczał w powitaniu kot, a za nim podszedł i bałwan.

 

- Witajcie, moi mili. Jak ładnie dziś pada śnieg! – odrzekła cichutko choinka – A w grudniu wszyscy tak na niego czekali i ja ustrojona też.

 

- Już Twoja rola skończona, ale jak widzę, to dzisiaj stroi Cię piękny kapelusz!  - zaśmiał się kot. Bałwanek  z radości aż zaturlał się po śniegu, podniósł swój lśniący kapelusz, otrzepał i rondo prostując znów go założył na głowę.

 

- No nie spadł nam jednak śnieg w  Święta lecz Ty za to byłaś prześliczna!  – połasił się do jej pieńka zadowolony kot. – A ileż dałaś radości całej rodzinie w tym domu,  a nawet ja skorzystałem. Potłukłem ze cztery bombki!

 

- Oj tak, pamiętam – zachichotała choinka – Bardzo się mama gniewała, a tata wygonił cię precz. Było wesoło, oj było!  Ja to najbardziej lubię, gdy wypatrują  już gwiazdki. Tej pierwszej, tej ważnej, co wiecie.. i lśnię dla niej wtedy najpiękniej!

 

- O! Zobaczcie! Na niebie jakaś mrugnęła! – przerwał im Bałwanek Turlaczek podnosząc głowę wysoko. – Jakże by było cudownie, jakby zalśniła i dla mnie!

 

- Ona zalśniła dla ciebie, nasz ty Bałwanku Turlaczku, bo za to, że dajesz radość, będzie i niespodzianka!  – uśmiechnęło się tajemniczo już poświąteczne drzewko i poruszyło gałązką, aby wydobyć spod spodu coś, co zostało niezauważone przez dzieci, gdy rozbierały choinkę.

 

- Mam coś dla ciebie, Bałwanku – podała mu fragment  łańcucha, a na  nim się uchowała maleńka, złota  gwiazdeczka, lśniąca prześlicznie brokatem, co opadł jak gwiezdny pył.

 

Bałwanek aż klasnął w swe dłonie, ostrożnie podniósł ozdobę i uniósł gwiazdkę do góry, chuchnął i stał się czar...

 

Nagle leżąca dotąd choinka stanęła na baczność, jak w Święta, rozbłysła tysiącem światełek, a malowane bombki  wskoczyły na jej gałązki. A każda z gałązek znów gruba od igieł tysiąca i pół. Łańcuchy w kolorach radosnych tańcząc wokoło choinki pięknie ją otuliły, strojąc  calutką prześlicznie.

 

- I jeszcze gwiazdeczka na czubek! – zawołał Bałwanek Turlaczek, wspiął się wysoko na palcach, aby przyczepić ją równo.  

 

Choinka prężyła się dumnie, a wszystkie kolory światełek odbijały się tęczą na śniegu i sprawiały, że nocny ogród błyszczał radośnie i lśnił. I małe  rybki pod lodem tańczyły korowodami, a zaśnieżone drzewa szumiały cichutko kolędę.  Z lasu zaś przykicały wesołe, szare zające, za nimi przybiegły lekko nieduże i zwinne sarny. A gdy i sowia rodzina przybyła drogą powietrzną, zrobiło się tłoczno w ogrodzie. Świątecznie prawie, ach tak!

 

- Bałwanku Turlaczku mój drogi – powiedziała uroczystym tonem piękna i strojna choinka – Podejdź tu bliżej, szybciutko, bo przecież dla ciebie coś mam!

 

Bałwanek podszedł więc bliżej i zauważył, że pod choinką skrzy się pudełeczko obwiązane szeroką kokardą.

 

Serce zabiło mu mocniej, rumieniec aż wyszedł na twarz. Czym prędzej sięgnął po strojne  pudełko i z wielkim, radosnym  westchnieniem przytulił prezent dla niego. I kiedy go tak otwierał, powoli i delikatnie, w wielkim oczekiwaniu  wszyscy wstrzymali  oddech.

 

- Ojej… - westchnął Bałwanek wzruszony, gdy zajrzał do środka pudełka  - To dla mnie ten prezent? Naprawdę?

 

Choinka, kot Mruczek i wszystkie zwierzęta w ogrodzie radośnie pokiwały przytakująco główkami.

 

-  Skąd ktoś mógł o tym wiedzieć – szepnął Turlaczek w zachwycie -  Że moim największym marzeniem były me własne  skrzypce!

 

Przytulił skrzypki do policzka i uniósł smyczek ku górze, oczy przymrużył w spełnieniu i zagrał przecudną melodię.  I wszyscy goście ogrodu wraz z kolorową choinką, wsłuchiwali się w piękne dźwięki płynące spod smyczka Bałwanka. A śnieg z nieba prószył, wirował, a drzewa się kołysały, a dzieci w łóżeczkach swych śniły o białej, bajkowej zimie.

 

 

Rankiem, gdy dzieci tylko się przebudziły, wyskoczyły z łózek i na bosaka podbiegły czym prędzej do okna, by spojrzeć na swojego śnieżnego przyjaciela, gdyż bardzo się stęskniły za jego towarzystwem.

 

- Jest, zobacz, nie stopniał! Stoi! – odetchnęła z ulgą Kasia i zaklaskała w dłonie. Troszkę się jednak martwiła, że rano już śniegu nie będzie.

 

- Hej, popatrz! Skąd on ma w rękach skrzypki?! – zdumiał się Krzyś i po chwili zauważył, że całe podwórko pełne jest śladów nart, sadzawka przy skalniaczku porysowana od łyżew, a cały ogród jest w śladach i to nie tylko Mruczka!

 

- A wiesz.. – zamyśliła się Kasia z nosem spłaszczonym na szybie – Mi to się chyba śniło, że widzę różne światełka  i słyszę jak ktoś nocą ślicznie na skrzypkach grał.  Widocznie to nie był sen! To nasz  Turlaczek nam grał! To jest na pewno, mój Krzysiu,  zaczarowany bałwanek!

 

- Oj, Kasiu ty moja mała.. – machnął ręką rozbawiony Krzyś, bo dawno już w czary nie wierzył, chodził już przecież do szkoły. Założył ciepłe kapcie i podał bamboszki siostrzyczce, złapał za rączkę dziewczynkę, bo na śniadanie już czas.

 

Z bielusieńkiego nieba znów zaczął padać puszysty , jak z bajki śnieg. Kasia spojrzała w okno i pomachała do białego waćpana, który stał dumnie przy studni z uniesioną głową ustrojoną  w lśniący, wysoki, czerwony kapelusz.  

 

- To Ty, nasz Bałwanku Turlaczku tak grałeś tej nocy, ja wiem. – szepnęła cichuteńko, by nie usłyszał jej brat. A biały waćpan ze smyczkiem uśmiechnął się pod marchewką i puścił jej oczko radośnie, no bo usłyszał ten szept.

 

 

KONIEC

 

 

 

 

 

Bajka druga:

"Małego Sowaczka Nauczka"

 

 

      Nastał lutowy poranek. Słoneczny był, jasny, choć mroźny, a ogród Kasi i Krzysia otulił znów śnieżny puch. Huśtał się na gałązkach, pokrył krzew róży przy studni, a także przyprószył mocno kapelusz Bałwanka Turlaczka. Bałwanek stał prosto, na baczność i obserwował podwórko.

 

- Zobacz, Krzysiu, sikorki! – zaszczebiotała Kasia, bo właśnie skończyła wieszać słoninkę na grubej nitce.

 

- Zaraz się wszystkie tu zlecą – odpowiedział Krzyś układając jednocześnie na drewnianej półeczce karmnika kulę twardego masła, obtoczoną w najprzeróżniejszych ziarenkach. – Zobacz, już tylko czekają, aż odejdziemy gdzieś dalej.

 

- No ale czemu.. nie zrobię im przecież krzywdy. Powinny to wiedzieć te ptaszki! – pisnęła cienkim głosikiem dziewczynka ale posłusznie odeszła, podając rękę Krzysiowi.

 

- No, mała, to Ty leć do mamy, przez okno na nie popatrzysz, a ja już biegnę do szkoły!

 

- Też chcę chodzić do szkoły! I umieć książeczki już czytać! – wydęła policzki dziewczynka, bo nową bajeczkę miała o ptasich przygodach w pokoju.

 

- Najpierw troszeczkę podrośnij – zaśmiał się chłopiec czochrając małą po czapce - Kiedy wrócę do domu, to ci poczytam tę bajkę. – dodał brat wiedząc, co mała na myśli ma.

 

Krzyś oddprowadził troskliwie swoją siostrzyczkę Kasię aż do samych drzwi i złapał  leżący w przedpokoju plecak pełen zeszytów i książek. Pomachał na pożegnanie i pobiegł wzdłuż podwórka, a gdy otwierał już furtkę, strącił z niej cały śnieg.

 

 

   Tymczasem na dużym świerku, tym pierwszym za domem, przed lasem siedziały dwie małe sowy.  A że poranek  był w pełni, śpiące już były okropnie, bo wiecie na pewno, kochani, że sowy harcują nocą, a odsypiają to w dzień.

 

- Oj, lećmy do naszej dziupli, taka już jestem zmęczona – powiedziała Sówcia do całej swej sowiej rodziny, ziewnęła szeroko i tak jeszcze rzuciła do brata  – Szkoda, że dopiero teraz nas  tutaj znalazłeś, bo nocą w tymże ogrodzie to były prawdziwe cuda!

 

- Wiem.. Już mówiłaś.. – burknął Sowaczek,  bardzo zawstydzony, że przez własne nieuctwo nie zdążył tu przybyć na czas. Spojrzał na bałwanka, co przy studni stał i bardzo zazdrościł Sówci, że mogła usłyszeć, jak grał.

 

- A mówiłem, że nauka to jest ważna rzecz i nigdy nie wiadomo, kiedy się co przyda? – odezwał się Sowi Tata, pusząc się na gałęzi – Taki duży sowi chłopak, a czytać nie umie! To dla sowiego rodu naprawdę jest wielki wstyd!

 

Sowaczek spuścił opierzoną główkę i przytaknął cichutko, bardzo zmartwiony faktem, że przez nieznajomość literek nie zdążył tu dzisiaj na czas. A było to właśnie tak..

 

 

      Zeszłego wieczoru, przed nocą, w dziupli dębowej, tam, w lesie, Sowi Tata dźwięcznym gongiem zwołał rodzinę do stołu. Usiedli wszyscy ciekawi, cóż ma do powiedzenia, gdyż w gong uderzał w wypadku tych najważniejszych wydarzeń.

 

- Słuchajcie mnie teraz uważnie. Dzisiejszej nocy w pewnym odgrodzie,  odbędzie się wielkie spotkanie zajęcy, sarenek i sów. Wszyscy tam mamy się stawić u poświątecznej choinki oraz i Mruczka - kota.

 

- Kota? – prychnął Sowaczek – Kot to przecież nasz wróg!

 

- Sowaczku, są takie chwile w życiu, gdy nawet zacięci wrogowie broń zawieszają na kołek i ogłaszają rozejm. I tak właśnie zdarzy się dziś. Otóż, jak wszyscy widzimy  – ciągnął Sowi Tata - nareszcie spadł z nieba śnieg i dzieci z tamtego domku zrobiły bałwana! Pierwszego tej zimy! – podniósł skrzydło do góry, aby podkreślić wagę tego wydarzenia -  I to jego, moi mili, musimy z radością powitać!

 

- Też mi okazja, phi! – burknął jak zwykle krnąbrny  i nastroszony Sowaczek. – Ja wolę polatać po lesie. Nigdzie nie idę, o nie!

 

- No cóż.. Jak sobie chcesz Sowaczku, nie będę cię przecież zmuszać. A jeśli się jednak namyślisz – powiedział Sowi Tata z tajemniczym uśmiechem na dziobie -  zostawię ci strzałki na śniegu i wtedy odnajdziesz  ten ogród gdzie będą czary, zabawa i gdzie będziemy i my.

 

Na słowo „czary” Sowaczek przystanął zaciekawiony, lecz jednak nie mógł się przyznać, że mu troszeczkę zależy. Wyfrunął z dziupli czym prędzej. Obrażony był przecież okrutnie, bo rodzice  znów mu dziś wytykali, że nie chce się wcale uczyć, ani też czytać nie umie.

 

No ale po co się uczyć, skoro można  beztrosko fruwać, muszki łapać soczyste i z wiatrem wciąż ścigać się? Te wszystkie litery i książki  to takie nudne zajęcie!

 

Czasami mu myśl  przemknęła, że może to jednak jest fajne, gdy widział, jak siostra Sówcia nad książką chichocze wesoło.

 

- Nie, to nie dla mnie, na pewno! – przekonywał sam siebie - Nie przyda mi się czytanie! I bez tych całych literek mądrości mi w głowie wystarczy! – utwierdził się w swoim przekonaniu i poleciał nad lasem wysoko.

 

Szybował nad drzew dziesiątkami, pikował w dół ponad wiatrem, wirował w powietrznym tańcu razem z płatkami śniegu. I nagle usłyszał rozmowę dwóch małych, zwinnych sarenek, które w szybkim biegu tu przystanęły na moment.

 

- Raz jeszcze choinka tam stanie? I błyśnie światełkiem świątecznym? – spytała z niedowierzaniem ciemniejsza.

 

- No tak, no naprawdę! A dla Bałwanka Turlaczka szykuje się niespodzianka! - odrzekła druga sarenka, z bielutką plamką na czole.

 

- Oj, kochana, to koniecznie trzeba to zobaczyć, toż czarodziejska jest noc! Spieszmy się tam  czym prędzej, bo wszyscy już chyba tam są! – i obie sarenki zniknęły z białej polany, a  zaciekawiony Sowaczek przemyślał raz jeszcze sprawę.

 

- Hm.. – przysiadł na niskiej gałązce i zastanowił się mocno, gdzież to być może ten domek, w którym się wszystko ma dziać? I nagle przypomniał sobie słowa Sowiego Taty, że jeśli się zastanowi i zechce do nich dołączyć, to Sowi Tata na śniegu miał drogowskazy mu dać.

 

    Wrócił więc Sowaczek do ciepłej, rodzinnej dziupli. Nikogo w niej już nie było. Tylko zegar z drewnianą kukułką tykał ciut głośniej niż zwykle, a wyrzeźbiony ptaszek zakukał chrapliwie trzy razy. Sowaczek otworzył drzwi na dwór, wyściubił dziobek na mróz i mocno wytężył swój wzrok.

- Są! Rzeczywiście, są! Tata zostawił mi strzałki! – ucieszył się sowi chłopiec i pofrunął tuż nad śladami, które wydreptał Tata na śniegu własnymi łapkami. Minął nieduży zagajnik, potem zakręcił do lasu, a strzałki go prowadziły aż za lodowe jezioro. I kiedy doleciał do drugiej, tej gęstszej strony lasu, nagle zobaczył na śniegu prócz strzałek.. jakieś literki!

 

- A to co?! – aż fuknął zezłoszczony i wylądował na ziemi. Obszedł pisane litery robiąc niewielkie kółeczko, a potem zawrócił raz jeszcze i obszedł je z drugiej strony. Wzbił się wysoko nad nimi, z nadzieją na inną podpowiedź. Bezskutecznie szukał następnych drogowskazów. Zatroskał się sowi chłopiec, okrakiem na śniegu siadł.

 

- Ech.. Może rodzice mieli rację.. Jakbym umiał czytać, to wiedziałbym teraz co mi napisał mój tata – przyznał z żalem i postanowił, że od jutra rozpocznie pilnie naukę wszystkich literek.

 

Noc była jasna i piękna, księżyc rozświetlał las, a śnieg prószył gęsto i sypał bieluśkie, drobne gwiazdeczki. Sowaczek zapatrzył się smutno na lśniących płateczków tysiące i nagle usłyszał głos, i aż podskoczył  w popłochu!

 

- A co ty tak siedzisz w tym lesie, miałeś być chyba gdzie indziej? – chrumknął stary dzik, który się przeszedł na spacer. – Z tego co mi wiadomo, wszyscy pobiegli za las czarowną nockę świętować z okazji pierwszego bałwana. A ty?

 

- A ja.. – sapnął spłoszony Sowaczek – A ja nie wiem, którą drogą tam iść..

 

- No przecież masz tu jasno, chłopcze, napisane! – chrumknął raz jeszcze dzik i spojrzał na słowa na śniegu – Jak wół tu stoi, przeczytaj: „Za brzozą, ścieżką do celu”.

 

- Tak? Tak jest tu napisane?! – podskoczył ptak uradowany i wzbił się natychmiast do lotu. – Bardzo panu dziękuję! – i pofrunął prościutko do brzozy rosnącej tuż nieopodal. Znalazł tam wąską ścieżkę, całą zdeptaną śladami, bo pewnie wszystkie zwierzęta tą dróżką biegły gdzie trzeba.

 

I nagle zauważył, że nocka się właśnie kończy, niebo rozjaśnia się wolno, a jedyna gwiazdka, jaką dzisiaj zobaczył, nagle przybladła i znikła.

 

A kiedy przybył wreszcie lotem patrolowym do szukanego miejsca, ujrzał domek pod lasem i ogród ze studnią przy róży. Tuż obok stał nieruchomo śniegowy Baławanek Turlaczek, ubrany w strojny, czerwony, błyszczący, wysoki  kapelusz. A w rączkach swych bielusieńkich trzymał drewniane skrzypce. I nic się nie działo. Już, nic..

 

- O, Sowaczek! Znalazłeś nas wreszcie, braciszku, lecz szkoda, że teraz, tak późno! – zawołała Sówcia wołając go gestem na gałąź. Sowaczek przysiadł przy siostrze, przygładził piórka leniwie, zakręcił główką w kółeczko i tak im skruszony rzekł:

 

- Wiem i rozumiem już teraz, że się czytanie przydaje i jak się tego nie umie, można zbyt wiele stracić. Pół nocy o tym myślałem i chcę poprosić cię tato.. Czy mógłbyś nauczyć mnie czytać? Choćby i nawet dziś?

 

Sowi Tata uśmiechnął się  i pokiwał z zadowoleniem głową, bo jego chytry pomysł nauczył Sowaczka rozumu. Mała Sówcia zachichotała wesoło a Sowia Mama, szczęśliwa, że ma mądrego synka, skrzydełkiem go pogłaskała po piórkach na grzebiecie, tych pstrych.

 

 

A w domku, przy kuchennym oknie siedziała malutka Kasia i zerkając na ptaszki dzióbiące jedzenie z karmnika,  wpatrywała się w drzewo, to pierwsze przed domem, przed lasem, gdzie właśnie z szerokiej gałęzi zerwała się sowia rodzina.

 

- I polecieli do domu uczyć Sowaczka literek.– szepnęła do siebie mała.

 

- Co mówisz, moja Kasiu? – zapytała mama zmywając naczynia.

 

- A nic, mamusiu, nic, nic.. – machnęła rączką dziewczynka, bo przecież mamie nie powie, że zrozumiała ich słowa.  Pobiegła do swego pokoju, by naszykować książeczkę, przyjrzała się ptasim obrazkom oraz  zgrabniutkim literkom. I uśmiechnęła się do nich, bo choć nie znała ich jeszcze, to bardzo  je wszystkie lubiła.

 

- Będę czytała i ja, tylko troszeczkę podrosnę!

 

 

KONIEC

 

 

 

Bajka trzecia:

"Źrebaczka Tarantka Pragnienie"

 

 

 

    Po całodziennej śnieżnej zabawie wieczór był cichy, spokojny. W pokoju, przy biurku, nad książką Krzyś jak co wieczór grzecznie odrabiał lekcje, a mała siostrzyczka zerkała, cóż on tam robi dokładnie.

 

- Tak bym już chciała być duża i chodzić do szkoły jak ty!

 

- Oj, mała, ciesz się, że jeszcze nie musisz. Kiedy się się skończy beztroskie dzieciństwo, to aż do końca życia już same obowiązki  – rzucił Krzyś mądrością, którą usłyszał kiedyś podczas rozmowy rodziców.

 

- A o czym się uczysz, mój ty dorosły braciszku? – zaszczebiotała Kasia tuląc się chłopca.

 

- Piszę referat o koniach.

 

- O koniach? – podskoczyła mała i zerknęła przez ramię Krzysia. O tym, i o tym? – pokazała paluszkiem na fotografie w książce.

 

- Tak, o rodzajach ich umaszczenia.

 

- O.. maszczeniu? Jak to? – dziewczynka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, wyobrażając sobie wielki sklep lub aptekę z dziesiątkami półek pełnych wielkich pudełek z maściami – A po co się je smaruje?!

 

- Smaruje?! – parsknął śmiechem i odgadując tok myśli małej siostrzyczki przytulił ją mocno – Oj mała! Umaszczenie to nie jest smarowanie maścią! To są kolory koni!

 

- Kolory? Że niby czarny czy biały?

 

- Tak! Właśnie, Kasiu! Czarny koń to koń kary, brązowy z czarną grzywą i czarnym ogonem jest to konik gniady, a biały konik to siwek. A jak brązowy to kasztan.

 

- Jak moje kasztany z jesieni?! – wskazała na kasztanowe ludki, które robili wraz z Krzysiem. Kasztanowe ludziki stały w równym rządku razem z kasztanowymi zwierzątkami. Kasia podbiegła do półki, wspięła się mocno na palce i sięgnęła po rycerza na koniu z cienkimi nóżkami z zapałek.

 

- Jak te?

 

Krzyś pokiwał głową i wrócił do pisania. Dziewczynka bawiąc się kasztankiem zamyśliła się głęboko, bo nagle uświadomiła sobie, że konik ten nie ma grzywy, więc jakiej maści ma być? Nie chciała jednak przeszkadzać bratu w lekcjach wieloma pytaniami, więc postanowiła zadać mu tylko dwa.

 

- Krzysiu? To Bela jest także kasztankiem? A nasz Tarantek to jaki?

 

 

 

     Tymczasem za domem pod lasem, w którym mieszkały dzieci stał nie za duży budynek, z dwoma boksami na konie. Starsza Bela skubiąc sianko zerkała z góry na swego mniejszego towarzysza, który jak zwykle podskakiwał stukając kopytkami.

 

- Na kulig! Ja chcę znów na kulig! To była zabawa, no nie?

 

- Dla jednych zabawa, a dla drugich praca. – Bela uniosła łeb podkreślając tym gestem, że jest poważną, dorosłą już klaczą i nie bawią ją żadne kuligi. Oczywiście nie chciała się przyznać, że lubi te śnieżne przejażdżki a i też ludzkie dzieci, co ciągle radośnie się śmiały.

 

- No przestań, Bela, no co ty, kulig to fajna rzecz! Można się dobrze wybiegać a i podziwiać las. Tyle na drzewach jest śniegu i wszędzie dookoła tak biało, że jakbym dobrze pomyślał, mógłbym się ukryć, że hej! A pamiętasz, jak na zakręcie saneczki się przewróciły? I jak dzieci sturlały się po zaspie aż pod sam zagajnik? – zachichotał Tarantek na to zabawne wspomnienie. – A potem jak wsiadały z powrotem to do złudzenia przypominały naszego Bałwanka Turlaczka, tego przy studni, no wiesz!

 

- Wiem, wiem – zarżała smukła klacz i  znowu skubnęła sianka. – A ja tam wolę jak wiosną zieleni się las. I lubię pod siodłem biegać, gdy ciepły wiatr w grzywie a w nozdrzach przecudne zapachy.  Albo i lato gorące, czy jesień pełną kasztanów..

 

-  Ja jednak wolę zimę! Śnieg spod kopyt tak strzela i mrozem iskrzy się wszędzie!  A jak nagle tak ślisko, to nogi się rozjeżdżają i można nimi przebierać we wszystkie możliwe strony! – rżał śmiechem mały Tarantek, bo urwis był z niego nie lada! A potem, na polanie, jak ludzie piekli kiełbaski, to wiesz co tam było za górką?

 

- Widziałam, Tarantku, tę twoją niezdarną wspinaczkę. Jednak w uprzęży to wybacz, nie mogłam za tobą iść – odpowiedziała leniwie i polizała sól. – Też kiedyś ci dadzą, zobaczysz.

 

- No właśnie, nareszcie niech dadzą, bom silny, pomogę ci ciągnąć!  Ale posłuchaj, Bela, jak sobie wszedłem na górkę,  to zobaczyłem tam w dali jakieś.. przedziwne stworzenia!  - zawiesił głos sprawdzając, czy Belę w ogóle to interesuje. Łypnęła okiem na niego, uniosła leciutko brwi, dając do zrozumienia, że ewentualnie posłucha.

 

- No to ci powiem, jakie! Niewiele większe ode mnie, choć do nas podobne troszeczkę. Chudziutkie takie, brązowe, w białe kropeczki jak śnieg. I miały kopytka malutkie i nóżki cieniutkie, oj jak! I wiesz co? Na głowie im rosły kołeczki, a jeden to miał jakby.. gałęzie! I wiesz, boję się, że i mi takie coś dziwne wyrośnie!

 

Bela spojrzała z niedowierzaniem na Tarantka i nagle parsknęła śmiechem.

 

- Spotkałeś jelenia i sarny! – zatrząsnęła głową bardzo rozbawiona – Jakiś ty źrebak jeszcze, światu się dziwisz tak śmiesznie! Koniom rogi nie rosną, no chyba, że.. jednorożcom.

 

- Jednorożce i skrzydlate pegazy – przytaknął mały źrebak poważnie, żeby pokazać Beli, że nie jest już wcale mały - Słyszałem o takich, no ale one podobno nie istnieją, tylko w tych bajkach, tak, tak.

 

- Istnieją. – odrzekła stanowczo Bela ku zadziwieniu Tarantka. – Ludzie nie wiedzą, my tak. Kiedy się kończy dzieciństwo każdego młodego źrebaka, przychodzą z mądrością w darze. Chronią nas jak anioły, dodając nam skrzydeł i sił. Kiedy zaś przyjdzie smutek, to rozwiewają go prędko i pozwalają sercu każdą chwileczką się cieszyć. Taka ich rola, Tarantku.

 

- Jak to? Opiekują się nami – wszystkimi konikami?

 

- Tak i mieszkają w błękitnej Krainie Snów. Gdy w końcu je także tam spotkasz, przyniosą ci grację i moc. I wtedy będzie to znak, że wchodzisz w dorosłe życie, o którym tak ciągle marzysz.

 

Tarantek zamilkł i spojrzał w małe okienko ich stajni. Znów padał gęsty śnieg, więc i możliwe, że jutro też będzie kulig. „Ach, jakże ja pragnę ciągnąć saneczki z dziećmi..” – rozmarzył się konik jaśniutki.

 

 

    Wieczór był coraz późniejszy. Latarnie świeciły w oddali. Tarantek zamknął więc oczy i zaczął odpływać w sen. Śniegowe płatki na dworze tańczyły na wietrze walczyka, a wielki księżyc jak kula wisiał niziutko nad lasem. Zajrzał miesiączek do dziupli pewnej sowiej rodziny i zaczął przyglądać się Sowaczkowi, co pilnie literek się uczył pod okiem Sowiego Taty. Nareszcie.

 

  Okrągły księżyc  spojrzał na leśne ścieżki, po których dreptały sarenki, co się spotkały jeszcze  na swoim przednocnym spacerze. I na Bałwanka Turlaczka, co z kotem Mruczkiem przy studni ucinał pogawędkę. Zajrzał też i do stajni, gdzie Bela z Tarantkiem już spali, a przy nich stanęły przed chwilą dwa piękne, błękitne cienie.

 

- Myślisz, że nadszedł już czas by się ukazać mu we śnie? – szepnął cień  pierwszy, z wysokim rogiem na czole.

 

- Myślę, że nadszedł czas – odrzekł cień drugi i zatrzepotał wielkimi, rozłożystymi skrzydłami, a migotliwe światełka zalały wnętrze stajni.

 

Błękitne, przyjazne cienie pochyliły się nad śpiącym jasnym źrebaczkiem i zamieniając się w mgiełkę wtuliły się w białą grzywę. Księżyc zaś dmuchnął poświatą senną, srebrzystą, by pomóc Jednorożcowi z Pegazem przeniknąć do jego snów i go w dorosłość wprowadzić.

 

 

 

 

    A kiedy to się już stało, przesunął się księżyc po niebie i zajrzał  w okno pokoju, w którym mała dziewczynka śmiała się radośnie do całej zgrai kasztanowych stworków.

 

- Zobacz, jak ładnie układam! – pochwaliła się mała bratu – I konik, i pani,  i smok!

 

- Tarantek jest tarantowaty, tak się nazywa ta maść – zmienił temat Krzyś, by odpowiedzieć siostrzyczce na jej poprzednie pytanie, bo właśnie znalazł to w książce – A Bela.. hmm.. trudno określić, naprawdę.. Niby brązowa, niby beżowa, no nie wiem..

 

- To może spytajmy mamę? Ona na wszystkim się zna! – podbiegła mała do biurka - A wiesz, że tata obiecał i jutro nam zrobić kulig? Ale mam dla ciebie jeszcze jedną ważną wiadomość! – przypomniała sobie nagle dziewczynka i pochyliła się do chłopca by sekretnym szeptem oznajmić – Jutro tatuś po raz pierwszy Tarantka na próbę zaprzęgnie! Uprząż dla niego już ma!

 

- A tego to nie wiedziałem.. To się Tarantek ucieszy!

 

- Tak, moje dzieci,  dorósł i może się wreszcie uczyć w zaprzęgu z klaczką już chodzić – usłyszeli głos mamy, która właśnie weszła do pokoju. – A Bela, mój Krzysiu, srokata! Tak się nazywa jej maść. A teraz, Kasieńko, do łóżka. Dziś na dobranoc, córeczko, opowieść o.. – zawiesiła głos mama, a Kasia dopowiedziała swym szczebiotliwym głosikiem:

 

- Opowieść o Jednorożcu oraz skrzydlatym Pegazie! O maści błękitnej jak niebo!

 

 

 

 

Bajka czwarta:

"Kurki Pikurki Pazurki"

 

    Zimowy i śnieżny poranek nabrał złocistych odcieni. Jaśniutkie słoneczko już wstało, oblało swym światłem przestrzenie. Ogrody i lasy, i dachy skrzyły się w słońcu prześlicznie, a wszędobylskie promyczki wpadały i w okna domów.

 

   Z bladoróżowej pościeli w miłym, dziecinnym pokoju, wysunęła się goła stópka, a po niej druga, tak, Kasi! Poprzeciągała się mała, zsunęła się zgrabnie z łóżeczka, sięgnęła po świnkę – skarbonkę, wzięła ją mocno pod pachę i na paluszkach, cichutko skradała się do łazienki. Bardzo dbała o to, by nikt się nie obudził, gdyż miała pewne swe plany co do poprawy urody.

 

- Dziś jest dzień wolny od pracy, rodzice pośpią więc dłużej. – szepnęła do siebie dziewczynka sięgając na półeczkę pod lustrem po kosmetyczkę mamy.

 

Otworzyła ją delikatnie, zaczęła wyciągać te skarby i już myślała, co zrobi z tym pudrem i cieniem do powiek.  A szminki ze cztery i różne, a jakże piękne lakiery! Czerwone, różowe, z brokatem i nawet niebieski też był!

 

 

 

Tymczasem obok stajenki, za domem, gdzie się budziły koniki po całonocnym swym śnie, stał jeszcze jeden budynek, nieduży i niski, bielutki. Ciekawskie słońce zajrzało przez małe okienka do środka i podsłuchało rozmowy mieszkanek tegoż kurnika.

 

- Kurko Pikurko kochana, co tak się puszysz od rana? – zarymowała Wierszatka, kura wysoka i twórcza.

 

- Bo jestem tu najśliczniejsza, pazurki czerwone mam! – odrzekła kurka druga, mała, pstrokata liliputka i wysunęła swą nóżkę, aby się przyjrzeć raz jeszcze.

 

- Jak to czerwone pazurki? Toż to pazurki nie kurki! – oburzyła się Wierszatka spoglądając na kurze stopki kurzej przyjaciółki.

 

Rzeczywiście, pazurki kurki Pikurki były czerwone, błyszczące i w słońcu mieniły się ślicznie, lecz...

 

- No, może i ładne, lecz kurkę to piórko najpiękniej stroi,
pazurów malować nie wolno, kurkom to nie przystoi!

Odkąd kurniki budują, siedzimy tu razem na grzędzie,
I rozmawiamy o życiu, zasadach co stoją w rzędzie.

Zasadą pierwszą – wiadomo – codziennie jest jajko znieść
Zasadą drugą – też ważną – skromne jest życie wieść.

Malować się nam nie wypada, nieelegancka to rzecz
Stroić się w kapelusze, malować dzioby? Ach, precz!


Kura odwróciła się teatralnie, by okazać Pikurce swoje oburzenie, że tak nieprzyzwoity pomysł przyszedł jej do głowy.

 

- Wierszatko moja kochana, ja o to się nie prosiłam, to nasza mała Kasia wczoraj mi to zrobiła! – zarymowała niechcąco z tego zdenerwowania Pikurka i schowała szybko stópki w wielkim zawstydzeniu.

 

Bo rzeczywiście, gdy mała dziewczynka wpadła wczoraj do kurnika i wzięła ją na kolana, by ją jak zwykle pogłaskać, to nie wiedziała kurka, cóż dziecko w swych planach ma. Kasia, korzystając z okazji, że wszystkie inne kurki biegały po podwórku,  wyjęła z kieszeni kurteczki malutki czerwony flakonik i powiedziała cichutko, by nikt inny nic nie usłyszał:

 

- Ja cię Pikurko ozdobię.  Mam tutaj lakier prześliczny, pazurki ci pomaluję i będą piękne - jak mamy! Jesteśmy tu same, to dobrze. – zerknęła na uchylone drzwi kurnika, by sprawdzić, czy aby nie idą tutaj rodzice, albo też brat jej Krzyś.

 

Usadziła kurkę i rozpoczęła  swe kosmetyczne dzieło. Jeden pazurek i drugi, a potem trzeci i resztę. Kurka najpierw broniła się troszeczkę, bo zapach lakieru był bardzo, bardzo duszący, ale po chwili przestała, gdyż patrząc na poczynania Kasi, zauważyła, że jej szare pazurki tak nagle zmieniały swój kolor na inny!

 

 Trzeba przyznać, że Pikurka obserwowała tę transformację jej własnych – dotąd szaro-nijakich nóżek - z nieukrywaną dumą, bo nie raz zazdrościła mamie Kasi pięknych, czerwonych paznokci. A czasem różowych, czy bordo, zmieniały się bowiem często, a dobrze o tym wiedziała, bo to właśnie mama Kasi zbierała tu co dzień  jajka. Mogła się więc jej przyglądać.

 

- Zobacz, Pikurko, jak ładnie, na kimś się muszę nauczyć! Bo powiem ci w tajemnicy, że kiedy już dorosnę, to zostanę wiża.. wiza.. żystką! – przesylabowała trudne słowo i zmrużyła oczy w wielkim rozmarzeniu, gdyż widziała w telewizji program o gwiazdach filmowych oraz ich makijażach.

 

- Mówię ci, kurko Pikurko, to bardzo ciekawy jest zawód. Można upiększać osoby i ma się wieeelką walizkę pełniutką kosmetyków! Więcej ich tam jest w walizce niż moja mama posiada! A ona ma tego miliony! Całe dwie kosmetyczki! A tata się tylko złości, że półki w łazience znów pełne, a on ciągle nie ma miejsca na piankę i ten.. de-RODOzant! – mówiła szybciutko dziewczynka i nagle jej zamilkł głos, bo zobaczyła, że mama wyszła z domu i zawijając szalik na szyi szła prosto do kurnika.

 

- Och, mama idzie po jajka! Siadaj na grzędzie i sza..!

 

 

 

- I tak właśnie było wczoraj – skończyła Pikurka opowiadać całe zajście swej przyjaciółce Wierszatce. – No i mam je czerwone, myślałam, że całkiem ładne..

 

- Moja Pikurko kochana, nie martw się, zedrzesz na dworze.
Staranne grzebanie w ziemi twoim pazurkom pomoże.
A jeśli tego nie zrobisz to będziesz jedyną w kurniku,
co ma – o zgrozo prawdziwa! – okropny, ludzki  manicure!

Na drugi raz się nie poddaj małej Kasieńki zachciankom!
Bo to co wypada ludziom, nie moim wszak koleżankom!

Wyobraź sobie,  Pikurko, mała ty moja, co będzie
Jeśli się wszystko poplącze i ludzie usiądą na grzędzie?

A jakby – och nie daj Boże – nie chcę się już unosić!
Jajka zaczęli sami w kurnikach codziennie znosić?!

Wszystko ma swoje miejsce i każdy ma swe zadania
Nie wolno porządków burzyć! No i musiałam się wkurzyć!

 

Wierszatka opadła ciężko na wyściełane siankiem gniazdko i opuściwszy głowę, starała się złapać oddech. Liliputka Pikurka nie zdawała sobie sprawy z tego, że tak jej czerwone pazurki poruszą jej koleżankę.

 

- Może masz rację, Wierszatko. Nie pomyślałam, że to aż tak poważna sprawa. Pójdę na podwórko i pogrzebię troszkę, na pewno się pazurki oczyszczą i będzie jak było. – powiedziała, by uspokoić towarzyszkę. – Nie martw się już, nie trzeba.

 

- Nie trzeba, nie trzeba, akurat..  – burknęła Wierszatka i z tego poruszenia nawet nie zrymowała, co jej się nigdy nie zdarza.

 

Kurka Pikurka zamierzała poświęcić dziś cały dzień chodząc po podwórku nieustannie i odgrzebując śnieg, by dostać się do zmarzniętej ziemi. Zetrze pazurki starannie, bo postanowiła mocno, że drugi raz już się Kasi ozdobić nie da i już.

 

A kiedy nadejdzie wieczór, wróci do kurnika i z dumą pokaże Wierszatce obie czyściutkie łapki. Ma na to cały dzionek, który się właśnie zaczyna, bo słońce już wstało wesołe i zbudzi wnet cały świat. Poranek jeszcze jest wczesny.

 

 

 

 

Tymczasem w domu w sypialni na piętrze właśnie zbudziła się mama. Sięgnęła po szlafrok i kapcie, przetarła zaspane oczy, przykryła tatę troskliwie i ziewnęła słodko ruszając do łazienki . Jakże się zadziwiła, widząc swą małą córeczkę, która w piżamce i boso stała przed lustrem i..

 

- Och! Wstałaś? – mama zakryła usta z wielkiego zaskoczenia – Co ty tu robisz, dziecko?!

 

- No się maluję, mamusiu! Postanowiłam, że zrobię sobie makijaż! Tak jak codziennie i ty!

 

Mama patrzyła na córcię i śmiała się teraz już w głos! Bo kto nie widział Kasi, to nie ma bladego pojęcia o makijażu z fantazją!

 

Usta złociste od cienia, kontur niebieski, nierówny. Lewe oko na zielono, prawe na niebiesko. Nosek w paski, broda w kropki, a brwi różowe od szminki. W kształcie wesołych obłoczków.  Na czole widniało słoneczko – i  to nie koniec, kochani, bo na policzkach Kasieńki zakwitły jeszcze i kwiatki, namalowane starannie szminką czerwoną i rudą!

 

- Ach! I paznokcie?! Oj Kasiu! Aleś narozrabiała! Wszystkie lakiery otwarte i połamałaś mi szminki! Natychmiast trzeba cię umyć! Nie wolno ci tego ruszać! Och, karę wymyślę na pewno! – mama rozzłościła się nie na żarty chowając kosmetyki. – Czy ty wiesz ile to wszystko kosztuje?!

 

- Wiem. Tatuś mówił, że ty to na te kosmetyki wydajesz ciągle majątek – odpowiedziała dziewczynka – I dlatego, mamusiu kochana, naszykowałam już świnkę. Zapłacę za wszystko!  – sięgnęła po skarbonkę, która czekała na półce i zerknęła z satysfakcją we własne odbicie w lustrze

 

-  No przyznaj mamusiu, jest pięknie! A teraz tu siadaj na wannę, to zrobię i tobie makijaż! Paznokcie ci pomaluję! Pikurka pazurki już ma!

 

 

KONIEC

 

 

 -------------------------------------------------

Bajsłuchowiska czyli powyższe bajeczki czytane przez autorkę
znajdują się w dziale "Filmy" na fanpage  (Facebook) pn.

Galeria Baśni i Snów Jolanty Walentyny Sobolewskiej
oraz na wygodnej playliście na YouTube pn.

Bajki wtorkowe. Kwadrans z fantazją

 

Muzykę do cyklu "Kwadrans z fantazją"
skomponował i wykonał
Miłosz Jura

 

 

 

 

 

 



Strona główna


 

Copyright ©