opcja1

 

 

 

Czyli właśnie tutaj - jesteś w dobrym miejscu:)

Zapraszam do czytania, albo do słuchania -
o baj-słuchowisku inf. pod tekstem.

 

 

Uwaga: bajka pisana roboczo i całkiem "na żywo",
może być więc edytowana, aż do samego końca:)

 

 

 

Cykl pt.

"Bajki pachnące terpentyną"
Jolanta Walentyna Sobolewska
*Z dedykacją dla elfki Ini*

 

 

 

S I O S T R Y

 

 

     Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wszystkie światy współistniały ze sobą w radości, a ludzie i nie-ludzie żyli w obopólnej zgodzie, w pewnym bez nazwy  miejscu, gdzieś między drogą z gwiazd a połaciami ziemskich pól, rozkwitła niezwykła miłość.

 

     Młodszy brat Boga - Czas, grając  któregoś ranka, jak zwykle samotnie, w  ulubione szachy, zmrużywszy oczy w zamyśleniu, dostrzegł pomiędzy omszałymi pniami drzew  przemykającą istotę. Smukła była i zwiewna, wydała mu się prześliczną. Zapatrzył się i zachwycił. I nie mógł już od niej zupełnie swojego wzroku oderwać. Zakochał się bez pamięci w pięknej, ulotnej Chwili, która odbiegła prędziutko, unosząc się lekko nad ziemią. Dogonić ją postanowił, złapać ją musiał nasz Czas.  A gdy już ją uprosił, by się zatrzymała, nie mając innego pomysłu, zaprosił ją na partyjkę szachów. A ona, ku jego zdumieniu, zaśmiała się, prychnęła i  potrząsnęła przecząco długimi, złotymi lokami, gotowa odbiec natychmiast i nigdy już nie powrócić. Złapał ją więc za rękę, spojrzał z miłością w jej oczy i bez namysłu zaprosił nagle do swego nigdy niekończącego się życia.

 

- Odkąd cię ujrzałem, cały się z ciebie składam. Zostańmy razem na zawsze, bo "zawsze" to przecież my - wyznał jej szeptem na uszko i ucałował jej loczek. Oczarował tym zwiewną Chwilkę i uwierzyła. Została.

W szczęściu i zdrowiu do dzisiaj tak żyją razem oboje, pilnując porządku  zegarów, emocji, uczuć  i tchnień.

 

Ona - Chwilka - olśniewa, zniewala, nie broni się innym oglądać, lecz nigdzie nie pozostaje, zostawia tylko swój cień. Jeden z tysięcy cieni, bo tych całe mnóstwo ma, a wszystkie są wielobarwne, urocze i czarujące. Ludzie lubią jej cienie, chowają je zawsze w swych sercach, a że są dla nich ważne, nazwali je wspomnieniami.

 

On zaś  - wspomniany przez chwilą Czas - pływa w swej pięknej łodzi po morzach, światach, przestrzeniach. Lewym wiosłem kontroluje stały szyk ziemskich pór roku, by wiosna nie przyszła przed zimą, a latem nie padał śnieg. Prawym wiosłem dotyka ludzi - tych bardzo małych (zwanych także dziećmi), by rośli, mężnieli, mądrzeli.  Starszym zaś ludziom się dziwi, bo ci nie lubią go wcale, a on tak się dla nich stara. Maluje im włosy na biało i  srebrno,  nie mogąc zrozumieć, dlaczego się to im tak bardzo nie podoba.

 

Kiedy małżonkowie - rezolutna Chwilka i refleksyjny Czas - wracają do swego domu, spotykając się znów razem po każdej codziennych podróży, to zawsze na nich ktoś z radością i kubkiem kawy już czeka. Bo jak to w każdym domu, gdzie miłość gorąca i wielka, pojawić się też musiały i ukochane dzieci. A im się zrodziły dziewczynki, siedem ich pięknych tam jest. I to o nich, moi mili, będzie właśnie bajka.  Teraz się tworzy opowieść, przysiądź więc, czytaj i bądź...

 

 

    Każda z sióstr, będąc dzieckiem, w beztrosce tańczyła wśród gwiazd, bo takie to dzieci jest prawo, by bawić się, biegać i śmiać. Kiedy jednak już każda z nich dorosła, otrzymała od rodziców w opiekę jeden z momentów dnia, by zawsze pilnować porządku i pomóc ludziom  swą troską. Każda z sióstr ma bowiem ważne zadania i obowiązki, a kiedy  juz  je wypełni, czas wolny wtedy ma. I wtedy  może bawić się i spotykać z innymi z ich krainy. Świat, w którym mieszkają, Krainą Dzbanów zwą. I o tym opowiem Wam także, lecz jeszcze nie pora na to.

 

    Wróćmy jednak do tego, co teraz najważniejsze. Siostry mieszkają w niedużym domku. Domek zaś stoi przy płotku.  Płotek zaś zawisł w powietrzu, gdzieś  na granicy dwóch dróg. Jedna ze ścieżek jest gładka, ciepła, promienna, słoneczna a druga chłodna, nierówna, z rozmigotanych gwiazd. A czemu tak jest właśnie? O tym już całkiem niebawem.

 

    Każdego dnia siostry troszczą się o wiele ludzkich spraw, nauczone skrzętnie przez swoich rodziców. Sprawy są ważne i błahe zupełnie, wielkie i maluteńkie, pełne gwaru lub sekretnych szeptów. Wszystkie jednak mają ze sobą coś cudownie wspólnego - są powszednie, powtarzalne i bez nich nijakim byłby ludzki świat.

 

     Poznajcie więc tajemnice opiekunek tych wszystkich momentów, minutek i godzin, skrywane przed Wami aż do tej właśnie pory. Musicie wszak przyznać, iż nie wiecie, że..

 

 

 

odc. 1

Przedświtnica Przedbudzenna

/olej na płótnie 65.50, JWS, luty 2017/

 

 

 

       Przedświtnica Przedbudzenna to najstarsza z sióstr. Poważna, skrupulatna, małomówna, bystra. Liczy wciąż gwiazdy na niebie i odnotowuje gasnące. Lubi herbatę w chińskiej porcelanie i szelest  skrzydeł  czujnych, nocnych ptaków.  Uśmiecha się do wielkookich sów, mądrząc się swoją wiedzą. Gani pisklęta, które budzić chciałyby się zbyt wcześnie. Głaszcze rosnące ich piórka. Utula.  Ponownie usypia. Nuci też ludzkim dzieciom przedświtne kołysanki.

 

      Dba o rozkład jazdy i wygląd marzeń sennych, co we wszystkie strony rozpędzone mkną. Gdy bliżej jest świtu, to sprawia, że wszystkie sny nikną. Stają się szkliste, coraz mniej wyraźne i takie jakby bledsze. Przezroczyste i błyszczące blaskiem księżycowym, który się nie lubi z promieniami słońca. Dlatego tak często sny co ranka ludziom  umykają. Kiedy spojrzysz okno, zapomnisz je od razu. Bo one boją się słońca i uciekają w popłochu. Wzlatują znad ludzkich poduszek, łapią się za ręce, by łączyć się tłumnie w kolie. Tworzą zwarte naszyjniki i takie zagubione, w poszukiwaniu ratunku, oplatają postać smukłej Przedświtnicy. A ona daje się im przytulić i dumnie je z troską nosi, w diamenty te tak pięknie cała ustrojona. A kiedy przyjdzie pora,  to znad miast i wiosek delikatnie ostatnie sny zaspane zbiera.  Wkłada je czule do miękkich, wygodnych kieszonek, które ma ukryte głęboko pod kołnierzem. W kieszonkach te sny, te zaspane, ładne, dośnią te historie, których nie zdążyły skończyć, by potem opowiedzieć je tym najmniejszym dzieciom.

 

    Przedświtnica Przedbudzenna, gdy już znajdzie wszystkie koraliki, dostojnie się w nich przechadza i w oknach z dumą przegląda. Ach, trzeba przyznać, kochani, że pięknie w brylantach wygląda. Nie myślcie jednak, że sobą się tylko zajmuje, bo ona uważnie czuwa, by śpiący jeszcze ludzie, usłyszeli codziennie swoje budziki na czas.

 

    Spoglądając na zegarki, sprawdza, czy już jest "minuta przed". Plecy pięknie prostuje, włosy swe czarne przygładza i już niecierpliwie czeka, słuchając zegara: tyk tyk... Za chwilę rozlegną się dzwonki, zabrzmią przeróżne melodie, rozpikają się pikadełka, ale najpierw zapiać musi pewien ważny kogut. Zanim to jednak nastąpi, Przedświtnica Przedbudzenna woła stanowczym głosem swą pierwszą młodszą siostrę.

 

     Siostra ta śliczna lica ma gładkie i różowe, a włosy jej mienią się delikatnymi refleksami światła wstającego dnia. Od tego świtania tak ma. Od tego świtania tak błyszczy. Od pierwszych słonecznych promieni, z którymi jest za pan brat. Przedbudzenna balejaży troszeczkę jej zazdrości, lecz kiedy pomyśli o swych diamentowych koliach, których by nie oddała, uwagę swą na nich znów skupia.

 

- Kogutniczko, Twoja kolej. Nadszedł czas go zbudzić! Minuta szybko mija, niech się kogutek nie spóźni. - głośnym szeptem rzekła do swojej młodszej siostry.

- Przedświtnico miła, daj mu jeszcze chwilkę. Niech świt się rozbłyśnie, rozleje. Spójrz, jeszcze nam świeci tak wiele jasnych gwiazd..

 

   Obie spojrzały na niebo, które z jednej strony w głębokim granacie skąpane, całe nakropione bielą nocnych punktów, lecz z drugiej strony w różowe błękity zaczęło się stroić zbyt szybko. I obie panny nagle zauważyły, że kłęby chmur, jak miękkie puchowe poduszki, suną wraz z wiatrem ku rodzącemu się dniu.

 

- Gwiazdy gwiazdami, a obowiązek rzecz święta. - rzekła stanowczo starsza łapiąc ostatni sen, który się nagle pojawił, spadając wprost w jej dłonie - Gdy będziesz go rozpieszczać, - wskazała na kogutka smukłym palcem - runie nam cały plan! Ach.. gdyby nie ja, wszystko byś poplątała. - pogroziła siostrze i poprawiwszy naszyjnik, dopiła już zimną herbatę.

 

 

 

 

odc. 2

 

Kogutniczka Przebudzanka

/olej na płótnie 65.50, JWS, marzec 2017/

 

 

 

   Kogutniczka Przebudzanka jest pierwszą młodszą siostrą poznanej przed chwilą Przedświtnicy Przebudzennej. Inna jest od niej, milsza, rozmarzona.  Łagodne ma spojrzenie i dobre, ciepłe dłonie. Nikomu nic złego nie powie i zdania nie narzuca.

    Lubi słodkie landrynki ale nader wszystko uwielbia lody truskawkowe. Nakłada ich zawsze zbyt dużo, a potem nie może ich zjeść.  Jeśli czasem się jednak jej to uda, cieniutko chrząka pod noskiem. To zawsze rozśmiesza jej przyjaciela kogutka.

    Ubiera się w zwiewne suknie z ukochanego jedwabiu. Paznokcie i usta maluje na malinowo. I choć balansuje na granicy mroku i wczesnoporannych jasności, to duszę ma promienistą i ślicznie uśmiechniętą. Co ranka zaplata w gwiazdy pierwsze promienie słońca i śmieje złocistym śmiechem, gdy gwiazdki łaskoczą te drugie. Śmieje się jednak cichutko, by swego pupila nie zbudzić, bo jego piórka ją grzeją, więc jest jej tak ciepło i miękko.

- Czas już, czas, mój miły. Otwórz już oczka, no cóż.. -  szepcze mu cichutko, gładząc go po mocnym grzbiecie, nim piosnkę codzienną zaśpiewa. A doskonale wie, że od tego szeptu on się jeszcze nie przebudzi, więc szepcze bardziej dla siebie. Lubi, jak on tak śni. Czasami podgląda te sny i widzi jego myśli. O wielkich, słonecznych podwórkach i kopcu pysznego ziarna. O płotach drewnianych, nierównych, na które uwielbia wskakiwać. No i o kurkach miłych, ślicznie przystojnych, gdaczących, co kokietują go tańcem zawsze ruchliwych szyj. Wtedy budzi się w nim coś dzikiego, co każe dumnie pierś wypiąć i wręcz na wdechu się puszyć, udając pomnik. Co najmniej!

- Kogutniczko, na co czekasz? - Przedświtnica pyta - Zatroszcz się wreszcie o tych, co musza najwcześniej wstać. Jeśli nie zdążysz, to znowu będzie straszna awantura. Wszystkim kapcie poplątałaś, jak kogut nie zapiał na czas! - ciągnęła Przedbudzenna, bo ona to lubiła podręczyć czasem siostrę. - I ilu ludzi narzekało, że całkiem są niewyspani! A i słuchy mnie doszły takie, że przez okropne zaspanie nie mogli już nigdzie zdążyć i mieli ogromne kłopoty!

- Oj przestań, pamiętam, wiem, wiem.. - przerwała zawstydzona - Na to wspomnienie aż ciarki mam na plecach.. - Kogutniczka spuściła wzrok, bo przyznać musiała jej rację. A przecież nie myślała, że jeśli tylko troszkę później kogutka obudzi, to takie dla świata będą konsekwencje.

- Nie mogę przestać ci tego przypominać, bo jak coś zdarzy się raz, to zdarzyć się może i drugi! Boję się, Kogutniczko, że znów się zagapisz i będzie!

- Nie, no przestań, na pewno się nie zdarzy! - broniła się młodsza panna, rumieńcem wstydu oblana.

- Ja - Przedświtnica podniosła głowę z powagą -  jako twa starsza siostra, mam o sprawy dbać i zawsze dopilnować naszych obowiązków. Tak mi kazali rodzice po tamtej twojej wpadce. A przecież dobrze wiesz, co zawsze do kogo należy.

      Kogutniczka Przebudzanka ma takie oto zadania. W ostatnich chwilach nocy przecierać oczy śpiącym jedwabną chustką, czule. Czasami dotykać ich twarzy różowym promieniem słońca, którego wstęgę zdejmuje ze smukłej, białej szyi. Zawsze ich kilka ma, gdyż jak apaszki je nosi. Czasami szturcha już wcześniej - bladą poświatą gwiazd. I woła wszystkie ładne, te pastelowe świty, by w uśmiech się  zamieniły na twarzach właśnie wstających.

    Ma się troszczyć o tych, co wstać muszą najpierwsi. Dbać o ich wyspane i miłe  przebudzenie. O zdrowe i mocne ciała przeciąganie, szerokie ziewnięcie i oczu piąstkami przetarcie. I o to, by stopy znalazły pod łóżkiem ranne pantofle.

      Gdy już swą pracę wypełni, to potem oddaje wstających w ręce kolejnej z sióstr.  Lecz wcześniej też kogut zapieje. Taka to jest już ich praca.

"Różowym promykiem obudzę
Sny wszystkie płomienne ostudzę
Byś światu otworzył Dzień"

      Tak nuci swemu kogutkowi co rano swym dźwięcznym i jasnym głosem Kogutniczka Przebudzanka na miłe, urocze dzień dobry. A on wtedy oczy otwiera, grzebykiem czerwonym potrząsa, piórkami zakołysze i pełen siły i dumy z jej dłoni prędko wyskoczy, by na krzywym płotku zacząć głośno piać. Oznajmi tak całemu zaspanemu światu, że zakończona już noc.  

       I kiedy z Płotu Codziennych Poranków, bo tak się nazywa ten płotek, zabrzmi to pianie kogutka, to wtedy i słońce jasnością nagle się miłą rozbłyska. Ziewający ludzie ochoczo zabierają się za ścielenie łóżka, a ich stopy bezbłędnie znajdują już oba ranne pantofle.

        Kogutniczka Przebudzanka z uśmiechem zadowolenia spojrzała na cały świat, gdyż udało jej się wszystko dzisiejszego ranka. Nagle spostrzegła krzątającą się za drzwiami kolejną z wielu sióstr, która właśnie spieszy, by zdążyć na swój czas. Tę siostrę poznacie jednak potem, bo oto nagle i z wielkim hukiem, do pokoju wpadła.. przeogromna ciotka!

- Aria Lukrecja?! Ach, witaj! - Prześwitnica otworzyła ze zdziwienia usta i rozłożyła ramiona  w radosnym powitaniu - Cóż ty tutaj robisz?! To już?

- Co już? O co chodzi? - spytała bystra Kogutniczka - Przecież ta bajka jest o nas, a nie o Tobie, ciociu! - wykrzyknęły obie siostry bardzo zadziwione, choć uradowane, bo ciotka słodka jest.

- Wiem, że nie o mnie ta bajka, ale więzy krwi to ważna rzecz i muszę Wam o czymś powiedzieć, więc.. - zawiesiła teatralnie głos, odczekała chwilę upajając się zdumionymi minami obu panien, nim zdradziła powód swej nagłej wizyty - Przybyłam do Was z zaproszeniem! Tak, do Świata Ludzi - dodała po chwili, wiedząc, że taka podróż na pewno ich ucieszy - Jeśli już wypełniłyście swe dzisiejsze obowiązki, zabieram Was w świat wielki, moje małe, piękne!

 

odc. 3

Aria Lukrecja
- gościnnie-

/olej na płótnie 65.50, JWS, 2007/

 

   Aria Lukrecja, daleka kuzynka matki dziewcząt, jest kobietą niezwykle światową. Towarzyska, elegancka, wysoka i.. wielka. Nade wszystko uwielbia wykwintne słodkości i operowy śpiew. Albo też śpiew operowy i słodyczy furę. Albo też odwrotnie.. Cóż, nigdy nie mogła się na kolejność swoich pasji zupełnie zdecydować.

  Głos ma słodki, a owszem, dla ucha bardzo miły. Zabawnie nadyma tłuściutkie swe policzki, składając usta do pieśni, a wtedy stopki w maleńkich pantoflach stawia szeroko na ziemi i śpiewa w tym rozkroku - oj bardzo! - operowo. Nie jest wszak łatwo utrzymać równowagę tak wielkiej - Wielkiej Artystce.

- Jak to, jedziemy w podróż? -  zaszczebiotała cichutko podekscytowana Kogutniczka Przebudzanka, unosząc czarne brwi i zważając, by nie spłoszyć kogutka piejącego już z płotu - do Galerii pojedziemy? Do Galerii.. OKNO?
- Do Galerii Wystaw Artystycznych! - pokreśliła z powagą starsza siostra, dumna z tego, że pierwsza o sprawie wiedziała, lecz sekretu nie zdradziła, nie.  Puściła porozumiewawcze oczko ich przemiłej ciotce i poprawiała kolię z diamentowych snów. Bardzo z kolii dumna.

- I tak same, Przedświtniczko, w świat szeroki pchać się? - złożyła drobne rączki w zatroskaniu Kogutniczka i czekała wieści.
- Ależ skądże - same! Będziemy przebywać aż przez miesiąc w wykwintnym towarzystwie! Ach, wiele tam barwnych postaci z całego, wielkiego kraju - pochyliła dobrotliwie głowę i spojrzała ciepło - A z tego, co mi wiadomo od Arii Lukrecji właśnie.. - ściszyła głos konspiracyjnie - to i jest tam też ktoś spoza  granic nawet. Ach, ten wielki świat.. nareszcie go zobaczymy!
- Przez miesiąc.. - rozmarzyła się różowolica - lecz najpierw ten.. no.. - szukała słowa, a miała na końcu języka - Wer-ni-saż?

   Pamiętała, jak kiedyś ciotka Aria Lukrecja opowiadała im o tym, czym ten wernisaż jest, no bo bywała, bywała, wszak to artystka jest. I mówiła, że wieczór to niezwykle uroczysty. Że pięknie śpiewają i grają, obrazy oglądają. Że mnóstwo ludzi przychodzi i jakich eleganckich! I że tak właśnie wygląda otwarcie wystawy obrazów. Tak, tak, to wernisaż, a śliczne jest słowo to.

- Oj tak, kochana, a na nim obrazów moc i poezji krocie, a i muzyki nie zbraknie, bo jakże by bez niej, no jak? -  starsza siostra młodszej siostrze prędko powiedziała - I tyle gości, kochana, i tyle rozmów i westchnień, mnóstwo zaszczytów, zachwytów.. - rozmarzyła się Przedbudzenna w jakimś słowotoku - Nasza światowa ciotka Aria Lukrecja obiecuje, że będzie i pięknie, i.. smacznie! Babeczki słodkie już pieką, ponoć tam taka tradycja.

- Tak, tak, ale sza.. trala lala la.. - zanuciła wesoło i pewnie Aria Lukrecja, bywalczyni wystaw oraz wernisaży - Rodzicom już powiedziałam, dla młodszych dziewcząt list piszmy. Pakujcie więc walizeczki, moje dziewczyneczki!

    Kogutka zawołały, spisały listę na kartce, by młodsze siostry wypełniły ich ważne, codzienne zadania. W rodzinnym zastępstwie, rzecz jasna. I tak oto trzy damy ruszyły na wystawę.

 

(P.S. Jeśli masz życzenie sprawdzić, o czym rozmawiały
i gdzie pojechały -  zapraszają, owszem -
spójrz więc sobie tu).

 

  Tymczasem..

  Zza przymkniętych drzwi wychyliła się trzecia siostra. Rozmowę słyszała niechcący, gdyż zaplatała za ścianą swój długi, jasny warkocz, gdy tamte szczebiotały. Specjalnie się nie spieszyła, w obawie, że będzie musiała też jechać, a nie chciałaby. Teraz już weszła spokojnie do swojej kuchni i przymknęła oczy. Upoił ją słodki zapach perfum ich rozśpiewanej ciotki. Przeczytała liścik, pokiwała głową i odetchnęła z ulgą, że ta ciotka słodka nie porwała z domu na ten wernisaż ich wszystkich. Chyba by się wstydziła, bo skromna z niej była dzieczyna.

- Damy radę. A niech jadą. Opowiedzą nam. - szepnęła do siebie z uśmiechem i sięgnęła po ciepłe jeszcze ciastko z lukrem i wisienką. Ucieszyła się, że ciotka zabierając siostry na jakąś tam eskapadę, zostawiła dla pozostałych stos cudnych, pachnących babeczek. Pyszniły się  pięknie na kuchennym stole, na którym za chwilkę miało się zrobić tłoczno.

- Cóż, może i to śniadanie jest takie zupełnie niezdrowe, ale smaczne za to! Do kawy akurat. - szepnęła do siebie, po czym ugryzła kawałeczek, mruknęła z rozkoszy i po chwili wzięła się do swej codziennej pracy.

 

odc. 4

Imbryczanka Kofirbatka

/olej na płótnie 65.50, JWS, maj 2017/

 

 

    Imbryczanka Kofirbatka jest Pierwszą Damą Kuchni. I jest nią z powodu, o którym troszeczkę później, gdyż ten moment musimy przeznaczyć na coś zupełnie innego. Otóż po przeczytaniu listu od ciotki Arii Lukrecji, nasza słoneczna panna  zastanowiła się mocno.

- Ale zaraz, no dobrze, pojechały sobie, tylko, że ja usłyszałam, że przecież na cały miesiąc! Będę musiała, Imbryczku, koniecznie to wszystko przemyśleć i dobrze poukładać. No bo któż inny to zrobi, skoro starszych sióstr obu brak? Czeka nas mnóstwo pracy!

- A może by tak zapytać taty i mamy? Może coś na to poradzą?

- Ach, ci są zajęci zawsze. No sam zobacz - palcem wskazała w okno, gdzie w wiecznym bezkresie Czas swoje sprawy miał - Tata na swej łodzi, płynie i płynąć tak musi wciąż.

- A Pani Chwilka? Może ona zarządzi, zastąpi?

- Mamę widziałam jak biegła, bo bardzo jest gdzieś potrzebna. Wiecznie się spieszy, ulata, sam wiesz, że pracy ma mnóstwo. Nie, nie, nie będę zawracać jej głowy. Rodzice, mój Imbryczku,  mają swe ważne, wręcz wszechświatowe sprawy, dlatego akurat dniem to zająć musimy się my.

- Tak, Imbryczanko kochana, teraz to ty jesteś w domu najstarszą siostrą i musisz zastąpić te gwiazdy, co na ten wernisaż, no wiesz! - prychnął gorącą parą z nagrzanego dzióbka, by złość swą okazać choć troszkę. Wiedział, że teraz jego Kofirbatka mniej poświęci mu czasu.

- Jestem teraz najważniejsza i sobie radę dam! Wszystkie sny wiosek i miast  pozbieram przed świtem i do szkatułki powkładam! - ucieszyła się ze swego pomysłu i zatarła ręce - A kiedy Przedświtnica wróci, będzie ze mnie dumna, że nie zgubiłam żadnego i kolię nową z nich ma. - podniosła dumnie głowę, uśmiechnęła się do piegowatego odbicia w zwierciadełku i wzięła się do swej pracy, bo czas już był najwyższy. 

    Na półkach  i półeczkach, w ogromnym kredensie brzęczały zniecierpliwione filiżanki, stukały też kubeczki. A stało ich tam mnóstwo - pięknych, kolorowych, w paseczki, ciapeczki i kropki. W kwiatki, autka, misie, ptysie, barwne wywijasy. I to te właśnie pchały się najpierwsze do wyjścia przez szklane drzwiczki. No bo cóż tu kryć, porcelanowe filiżanki - te eleganckie i drogie - to jak zwykle opieszałe, chętnie poczekają.

- Ja dziś pierwszy! - wrzasnął kubek, ten w niebieskie paski. - Mój Pan Mleczarz właśnie wstaje, kawy pilnie trzeba!

- A ja drugi! - pisnął w kropki - Dziś się spieszę bardzo, bo Studentka ma egzamin, właśnie ziewa, biedna. Noc zarwała, się uczyła, bardzo mądre dziewczę, lecz gdy kawy nie dostanie, będzie katastrofa! - krzyknął tym przejęty.

    Imbryczanka Kofirbatka tańczyła po kuchni a wraz z nią pląsał warkocz, co nigdy niczego nie potłukł. Nalewała i sypała, wedle wszystkich życzeń i z uśmiechem wysłuchała każdej z opowieści. Temu kawę, tu herbatkę - czarną, czy zieloną? Cukru może? Może mleczka? Czy wkroić cytrynkę? A kubeczków setki, a może tysiące, stały w rzędzie, niecierpliwe, stukały, czekały. A kiedy  tylko zostały napełnione złocistym imbryczkiem,  przez otwarte okno odpływały w coraz jaśniejszą dal, by wpaść wprost w zaspane dłonie uradowanych ludzi.

- Ileż was jeszcze, do licha?! - burknął Imbryk, dziś mocno podirytowany. Mimo że robił grzecznie swoje, nie było mu to w smak. Wolałby usiąść już z Imbryczanką i pilne sprawy omówić. A teraz się martwił, lejąc gorącą wodę litrami, w nieskończoność. I choć zwykle bardzo lubił swoje obowiązki, to tym razem był przejęty wyjazdem dwóch panien. Jeszcze nigdy nie był zmuszony do wykonywania cudzych czynności. Nowa sytuacja były mu obca i mało komfortowa.

- Jeszcze kilka, spójrz Imbryczku, wszystko zdążyliśmy. I zdążymy, ty się nie martw, jutro i przez miesiąc.

     Kofirbatka odsyłając w drogę ostatni, zielony kubeczek, odstawiła imbryk na wielki blat kuchenny i podbiegła zamknąć okno. Ranek był wszak, jak co dnia, odrobineczkę chłodny. I wtedy spojrzała na pusty płotek, z którego kogucik Kogutniczki Przebudzanki co rano pięknie piał. O siostrach pomyślała, bo już zatęskniła za nimi, lecz bez zazdrości żadnej, bo dobrze życzyła im. A potem spojrzała w niebo, na którym, jak zawsze lśniły i gwiazdy, i jasne, słoneczne promienie.

"Otwarte niebo" z cyklu "Kraina Dzbanów", JWS

     Bo musicie wiedzieć, że tam, gdzie mieszkają siostry, inaczej jest troszeczkę, niż w naszym ziemskim świecie. Kiedy u ludzi jest noc, u nich noc i dzień. Kiedy u nas dzień jasny, to tam i dzień, i noc. Zawsze razem, nieustannie, tak sobie istnieją. Dlatego też siostry mogą cieszyć się jednocześnie i słońcem, i gwiazdami. I lśnieniem blasku księżyca na grzejących się w słońcu dzbanach. A cały ich wielki świat unosi się na nieskończonej liczbie złocistych, malarskich palet. Tak, takich przeogromnych, jak wielką jest wyobraźnia.

- Ach.. Kraina Dzbanów.. Jak dobrze, że mamy tu dom. - westchnęła z uśmiechem dziewczyna - A ty, mój kochany Imbryczku, panujesz tu znakomicie!

   Imbryczek mruknął z zadowolenia, że został doceniony, gdyż zawsze czuł się najważniejszym ze wszystkich dzbanuszków. Gdyby nie on, to któżby dał wrzątku do przygotowania porannych, budzących napojów? Tymczasem Kofirbatka dokładnie zamknęła okno, sięgnęła po słodką babeczkę i rzekła te słowa  w namyśle.

- No dobrze, a teraz trzeba wymyślić plan. Gdzieś tu w szufladzie widziałam jeden czysty kajecik. Kiedyś podsłuchałam od zielonego kubeczka, że jego pani pijąc poranną kawę,  wpisuje w taki zadania na cały nowy dzień. Nie muszę planować aż całego dnia, ale sposób warto wykorzystać na nasze poranki, nim obie dziewczyny wrócą. Tak więc wpiszemy, Imbryczku "szkatułka", by o snach do diamentowej kolii Przedświtnicy Przedbudzennej nigdy nie zapomnieć. I wpiszemy także " budzik" i też "minutka tuż przed".

- A tak, tak, lecz nie zapomnij jeszcze o głaskaniu piskląt i nuceniu śniącym dzieciom przedświtnych kołysanek. - ziewnął Imbryczek udając bardzo zmęczonego.

- Masz rację, Imbryczku. Cóż ważnego jeszcze? - zastanawiała się dalej, skrzętnie wszytko notując - Wiem! Przecież Kogutniczka Przebudzanka w podróż ruszyła z kogutkiem! Trzeba będzie jakoś inaczej świat obudzić, kapci pomóc szukać. - wpisywała dalej do swego kajecika - Piosnkę Kogutniczki to ja dobrze znam, ale zapiać jak on to ja nie potrafię! I cóż my teraz zrobimy?! - spojrzała zalękniona na pękaty Imbryk.

- Jak to co, Kofirbatko? - wyprężył pierś najmocniej, jak tylko potrafił, nie raz widział ten gest u kogucika właśnie - Ja mam dzióbek, płotek stoi, będę na nim piał! - i  dumny ze swego pomysłu zapiał jak kogut prawie, by swej pannie udowodnić, że na coś się i on przyda.

- Damy więc sobie radę? - pogłaskała jego lśniący, złoty brzuszek.

- Damy, oj damy, kochana! Już się martwić nie musisz!

    I tacy zadowoleni i uśmiechnięci, zabrali się za przygotowania do wielkich porządków w kuchni, gdyż kubeczki i filiżanki tłumnie już wracały.

- Okno otwórz! Prędko! - usłyszeli znajomy głos zza ściany, niezwykle donośny i zawsze zachrypnięty. Spojrzeli po sobie i rzucili się otwierać oba skrzydła szyb na oścież. I w tej samej chwili z prędkością światła cały rząd brudnych naczyń zaczął już w zlewie lądować.

- Uff.. zdążyłam otworzyć, w ostatniej chwili prawie! Tak się zagadaliśmy, że byłaby katastrofa!

- Tak, tak, ty to zawsze z tym Imbryczkiem umiesz się zagadać, że z kubeczków to by była góra skorup tylko! Nie wspomnę o szybach w oknie! - rzekła głośno czwarta siostra gdzieś tam z przedpokoju. - A pamiętać wszystko umyć, powycierać ścierką! Kredens zamknąć, blat osuszyć, potem pogaduszki!

- Obudziła się, no popatrz i znowu się panoszy! - prychnął Imbryk, zanim podał Kofirbatce gąbkę. - No to co, zmywamy?


odc. 5

Pamiętulka Wszystkowziętka

/olej na płótnie 65.50, JWS, maj 2017/

 

      Pamiętulka Wszystkowziętka  rzuciła Imbryczkowi poważne spojrzenie, uniosła groźnie czarne brwi i potrząsając grzywką, na której roziskrzył się błękitny blask, oznaczający, że jest w najwyższej formie. Odrzekła więc mocnym głosem:

- Zmywać trzeba i wycierać, nie wolno nic zostawić. Jak się od razu nie zrobi, to potem pracy jest więcej!

- Ależ Pamiętulko - jęknęła Kofirbatka szorując kubek w paski - przecież nie musisz nam o tym ciągle przypominać, wiemy, co do nas należy.

- A do mnie należy przypomnieć, więc mi się tu nie złość, kochana. - zmieniła głos na łagodny i uśmiech posłała swej siostrze.

- Codziennie ta sama historia.. - burknął Imbryk już znużony wciąż taką samą rozmową - A przecież Ty też masz chyba coś teraz do roboty? To ja mam ci przypominać, jakie Twe obowiązki? Może się nimi już zajmiesz?

Pamiętulka Wszystkowziętka fuknęła ze złości, bo niestety, lecz Imbryczek znów ją zdenerwował. Bo jakże on mógł pomyśleć nawet, że ona o czymś zapomni, skoro zawsze właśnie ona jest od pamiętania?! Poprawiła szybkim ruchem jedną z wielu torebek, które pełne są wszystkiego, co kobiecie trzeba. Zgrabnym ruchem włożyła pod pachę różne notatniki, parasolkę, bo pochmurno oraz też śniadanie.

- Takich śniadań, telefonów, ładowarek, kluczy to ci wszyscy biedni ludzie wciąż zapominają! Nie wiem, doprawdy, no nie wiem, cóż by oni beze mnie.. - westchnęła kręcąc czarną główką, a błękitne roziskrzenia tańczyły we włosach.

- Tak, masz rację, Wszystkowziętko - przytaknęła siostra - czasem widzę, że niektórzy zapomną o kawie, wybiegając z domu na czczo, nawet bez herbaty.

- Ale tylko wtedy, kiedy nasza starsza siostra spóźni się z budzeniem. Ale wszystkie wiemy, że Kogutniczka Przebudzanka to czasem grzebulka. Zawsze myśli "Przecież zdążę, niechże jeszcze pośpią" a różnie to potem z tym bywa..

- Bo ona tak lubi patrzeć jak jej kogutek śni, a bez kogutka, wiadomo, sny nie odpływają. A potem ci co zaśpią, śpieszą się przeokropnie! - Imbryczanka przytaknęła, bo znała te sprawy. A poza tym się martwiła, czy dobrze ją zastąpi.

- No i właśnie, właśnie! I wtedy dopiero to ja mam pełne ręce pracy! Nie masz pojęcia, Kofirbatko, co się wtedy dzieje! Nic ludzie znaleźć nie mogą, buty im się mylą.  Łapią wszystko bez namysłu, bo zegar przyspiesza. Ale wiesz.. on nie przyspiesza, tylko im się tak zdaje, a potem się wracają do domów nawet po sto razy! A po torbę, a po szminkę, po kluczyk do auta! Ileż razy muszą sprawdzać czy drzwi na klucz zamknięte, czy ogień pod zupą nie płonie, bo jeszcze się gotowała! A o kablach od żelazek to nawet nie wspomnę, bo to zmora jest największa, każdemu się zdarza!

- O! O kablach?  - zainteresował się Imbryczek tematem technicznym.

- Oj, nie masz pojęcia, grubasku, ile pań się wraca i to z jakiej drogi! - wydęła znacząco policzki, muśnięte nieco różem - No bo nie jest wcale pewna, czy żelazko z prądu wyłączyła. A potem się zwykle okazuje, że oczywiście tak! A czas i nerwy stracone, no ręce opadają.. A ja się staram jak mogę przypomnieć im wtedy minutkę po minutce, jak tę swą bluzeczkę rano prasowała i  jak wyjęła ten kabel z gniazdka i jest bezpiecznie.

- I co? I co? I ty im to przypominasz? - Imbryczek podskoczył na blacie, aż brzdęknęły kubki, już powycierane. Właśnie wyruszały na drzemkę do kredensu.

- Często mi się to udaje, jednak nie zawsze, Imbryczku. Widzisz, ludzie mają na głowie teraz naprawdę zbyt wiele, a swej pamięci i przeczuciom rzadko zawierzają. Kiedyś było inaczej.. - zamyśliła się Pamiętulka i zwolniła tempo - A mogliby tylko troszkę spokoju w sobie odnaleźć. Do lasu pójść częściej, na spacer, nad wodę.. Kiedy się spokój do swego serca zaprosi, to wtedy wszystko się samo układa i nic się nie poplącze. Ludzie jednak w to chyba nie wierzą - pokiwała głową -  A jeśli nawet, to zapominają pamiętać i gnają wciąż zbyt szybko, by zdążyć ze wszystkim na czas. A wtedy oczywiście znów coś w końcu umknie. Gdyby nie ja.. - uniosła znów dumnie podbródek - Mówię wam, kochani, nerwową mam pracę!  - musnęła dłonią żabocik aż zafalował ładnie - I niezwykle odpowiedzialną! Oj ważna ja jestem, naprawdę! Kto wie, czy nie najważniejsza!

- Phi! A ty znowu? No przestań! - prychnął Imbryk przewracając oczami - Pewnie, że ważna, ale musisz pamiętać, droga Pamiętulko, że każdy ma ważną pracę. I każdy jest równie potrzebny. Nie tylko ty  jedna, o nie!

- Dobrze już, dobrze, niech ci już będzie, mój mały - mrugnęła Wszystkowziętka prztykając Imbryk w ucho  - No to ja już biegnę im o wszystkim szybko przypominać. A kiedy już wrócę, to może razem napijemy się pysznej herbatki? I przedyskutujemy nasze priorytety? Pamiętacie, że mi z miodem, a nie z cukrem wcale?

Zanim zdążyli jej odpowiedzieć na jakiekolwiek z pytań, już jej rzecz jasna, nie było. Jak sami widzicie, Pamiętulka to siostra niezwykle żwawa i bardzo energiczna. "Żywe srebro" - mówi  tata Czas, a mama Chwilka, jak to mama, nie tylko dla ozdoby ale i  dla bezpieczeństwa, wplotła w jej ciemne włosy drobniutkie, srebrzyste lśnienia. Dzięki temu mogli ją łatwiej w mrokach znaleźć,  gdy jeszcze była dzieckiem. A teraz już tak zostało, bo wszyscy do tego przywykli.

Drzwi od przedpokoju głośno trzasnęły a w domu zrobiło się cicho. Imbryk odetchnął z ulgą i spojrzał na kubeczki, które  w kredensie już w rzędach słodko spały. Imbryczanka Kofirbatka usiadła przy stole i znów patrząc w okno głęboko się zamyśliła.

- Wiesz, Imbryczku, tak myślę o tym Świecie Ludzi. Tyle o nim wiem, a nigdy wśród nich nie byłam. Mam wielką nadzieję, że nasze starsze siostry wiele nam opowiedzą, kiedy już wrócą z tej dużej i pięknej wystawy. Ciotka Aria Lukrecja na pewno też wieści z tej ich podróży nam przyśle.

- A obiecała? - spytał Imbryk drapiąc się za uszkiem.

- W liście pisała, że tak, więc..

- A więc i słowa dotrzyma! Ona słowa zawsze dotrzymuje i to śpiewająco! - zaśmiał się Imbryk ze swego żarciku, bo przecież wiadomo, że jest ciotka słodka śpiewaczką jest operową! - Lubię tę ciotkę, oj lubię! I lubię, jak ona do ciebie mówi, żeś Pierwszą Damą Kuchni! A ja się z nią zgadzam, Kofirbatko, bo tyś w kuchni jest najbardziej pierwsza. Wszyscy jeszcze słodko chrapią, a już wstawiasz wodę.

- No bo taka nasza praca Imbryczku Najpierwszy - zaśmiała się złotym głosem i otworzyła okno, lecz tym razem nie dlatego, by otworzyć drogę dla wszystkich kubeczków. Zrobiła to po to, aby wpuścić cieplutkie promienie. Bo słonko już świeciło bardzo mocno i rozgrzewało świat, choć wiadomo, że na tym niebie to i gwiazdy lśniły wśród promieni słońca. Ale nieco bardziej blado teraz lśniły sobie.

- Wiesz Imbryczku mój kochany, mam chęć na pyszną babeczkę! - nagle pisnęła radośnie Imbryczanka, bo sobie przypomniała o całym ich wielkim stosie na całkiem dużym talerzu - Od ciotki Arii Lukrecji!

- To i ja poproszę. - usłyszeli dźwięczny głosik siostry piątej, która przyszła się przywitać, jak zwykle elokwentnie - Chętnie się słodką babeczką z rana  poczęstuję, choć nie najzdrowsze to może, to na pewno pyszne.  - pocałowała siostrę uśmiechając się pięknie - Dzień dobry, moi kochani. Tak śliczny mamy dziś dzień, że z największą przyjemnością zabiorę się do pracy. Mnóstwo ciekawych perspektyw się dla mnie znów otwiera. Tak jak każdego dnia! - zaśmiała się urokliwie i nagle zastygła w bezruchu, spojrzawszy w przestrzeń za oknem - Zaraz, zaraz.. spójrzcie! Ktoś tu przecież leci.. Czyżby to był nasz listonosz?

- Nie, to jakiś inny, nie z Krainy Dzbanów. Coś mi się wydaje, że ze Świata Ludzi. - rzekła Kofirbatka wyjrzawszy przez okno i wyciągnęła smukłą rączkę, by odebrać list od ptasiego posłańca. W zamian wsunęła mu do dzióbka kawałeczek chleba, pomachała mu na pożegnanie i odpieczętowała satynowo lśniącą, złotymi literami pisaną kopertę.

 

- To do nas wszystkich, ach zobacz! List od Królowej Kwitnących Storczyków.

 

- Od tej królowej, co w swoim królestwie ma smoka? I którego zupełnie nic a nic się nie boi? - spytał podekscytowany Imbryczek, zdecydowanie zafascynowany tak wielką, niezwykłą istotą.

 

- Tak, tak! - pokiwały z uśmiechem siostry i z zaciekawieniem otworzyły lśniącą kopertę, z której wysunęła się karta zapisana pięknym charakterem oraz kolorowy wizerunek pani i jej smoka. Dobrze ją już znały z wielu opowieści, bo o mądrych ludziach wieść niesie się z wiatrem. - Ciekawe, o czym do nas  pisze?

 

 

odc. 6

 

 

Królowa Kwitnących Storczyków

/olej na płótnie 100x81, JWS/

 

Za zgodę na udzielenie swojego wizerunku do tejże bajki gorąco dziękuję sportretowanej
Pani Marii Jolancie Batyckiej-Wąsik - Wójt Gminy Lesznowola

 

 

    Królowa Kwitnących Storczyków  stanęła na wielkim tarasie i zmrużywszy oczy uśmiechnęła się. Wieczór był bowiem piękny, a słońce już zaszło za las. Chwila wytchnienia po długim, trudnym dniu. Kwiaty storczyków, rosnące w ogromnych donicach uniosły główki wysoko, jakby mrugały do wschodzących gwiazd, szepcząc między sobą dziewczęce tajemnice.

 

    Królowa poprawiła delikatny szal, oparła się o kolumnową barierkę i wyczekiwała swego wiernego przyjaciela, którego znała od wielu długich lat. Zawsze, gdy rozmyślała nad najważniejszymi sprawami, pojawiał się bezszelestnie, choć  był bardzo duży  i mógłby ktoś o nim pomyśleć, że niezgrabnie się może porusza. Nic bardziej mylnego, gdyż kroczył z wdziękiem i gracją, stąpając cichutko jak kot. Tak się stało i teraz. Wyłonił się z ciemniejącego ogrodu i wszedł na zamkowy taras.

  

- Witaj przyjacielu! - powitała go uradowana pani i pogłaskała czule po aksamitnej szyi. - Jakże się cieszę, że jesteś, stęskniłam się za tobą.

 

- Witaj Królowo miła. Wybacz, że nie było mnie przez kilka dni, lecz zdarzyło się coś ważnego i dzisiaj przychodzę podzielić się dobrą nowiną.

 

- Ach, słucham Cię, opowiadaj. - rzekła zaciekawiona i zauważyła, że Smok coś ukrywa pod połacią wielkich skrzydeł. - A cóż tam masz? Pokażesz?

 

- Wyciągnij dłoń. Ostrożnie.. - szepnął wzruszony i delikatnie podał Królowej wielkie, smocze jajo. Drobno nakrapiane i gładkie jak delikatna porcelana nie było wcale ciężkie. I choć całkiem spore, to swobodnie mieściło się w jednej dłoni.

 

- Och.. - wzruszyła się Królowa - To przecież jest Smocze Dziecię! Już teraz w pełni rozumiem twoją nieobecność. Niezmiernie się cieszę, że taki jej powód przemiły!

 

- Już prawie się wykluło - Smok szepnął czule lecz z dumą.

 

- Jakże jest piękne, subtelne.. Wysuwa ciekawie główkę, jakby już chciało poznać wszystkie sekretne sekrety. Takie malutkie to dziecię, a mnóstwo w nim uczuć, mądrości. - stwierdziła Królowa śmiejąc się dźwięcznie do niego - Czyżbym miała wymyślić dla niego imię, a wraz z imieniem nadać i życiu jego bieg? Czy takie jest twoje życzenie i po to przybyłeś, mój Smoku?

 

- Będzie to dla nas zaszczyt. - ukłonił się Smok - Wszystkie dotychczasowe smocze dzieci, którym imiona nadałaś, wyrosły na piękne i ważne, troszcząc się o nasz świat. A czuję, że to dziecię będzie wyjątkowe.

 

- Zapewne takie będzie, choć.. – w zamyśleniu zawiesiła głos i głaszcząc smoczego maluszka  przysiadła na marmurowej ławie  - Choć każde ze smocząt okazało się być niepowtarzalną i wyjątkową istotą, mój dobry, wielki Smoku. Spójrz na naszą krainę. Tak pięknie się wciąż rozwija, a jest to przecież i smocząt nieocenioną zasługą.

 

- Tak, masz rację, nasza mądra Królowo. Jednak oboje wiemy, że ten kto nadaje imię, nadaje zadania wraz z nim. A jednocześnie i siłę, by móc je z radością wypełniać.  W innych krainach, niestety, a w wielu bywałem i wiem, nie wszyscy królowie mają tego świadomość i wiarę w tę prawdę tak prostą. Rzecz ważną ignorują, nie troszcząc się o daleką przyszłość swych małych i dużych ziem oraz ich wszystkich mieszkańców.  Rodzą się tam zbyt często smoki bezimienne, a rosnąc samopas, dziczeją i przepadają bez wieści. Albo też szybują po niebie swych krain bez ustalonego ładu, nie łącząc spójnie swych sił. Toną w niewiedzy i waśniach, a żyzny smoczy pył ginie w chaosie i niknie.

 

- Ale my dobrze wiemy, że w zgodzie możemy zdziałać najwięcej. Wiemy też, co robić, by nic nie zmarnować cennego  – stwierdziła pewnym głosem, a tarasowe storczyki przytakiwały główkami.

 

    Królowa Kwitnących Storczyków uniosła swą smukłą postać, podeszła do barierki i spojrzała w dal. Późnowieczorny krajobraz jej ukochanej krainy migotał od świateł palących się w oknach małych i dużych domostw.

 

    I tylko ona jedyna widziała, jak każdego wieczoru nad polami i łąkami szybowały starsze smocze dzieci, pracując nieustannie pod osłoną nocy, zgodnie z zapisem swych imion. Zważały ostrożnie, by nikt nigdy ich nie zauważył, a tylko efekty ich pracy, gdyż w ludziach w nie wiara wygasła już przed setkami lat. A to przecież one co noc pieściły ludzkie działania i wzmacniały siły, pracowicie rozsiewając drobny, smoczy pył.  Dodawał on więc odwagi sprawiał, by wszystko się działo, jak trzeba.  

 

   Nad szkołami smoczy pył rozsiewała Wiedza, by ludzkim dzieciom uczyło się łatwiej. Nad polami, by bujnie wszystko rosło i nikt nie zaznał głodu, po nocach przemykał Dobrobyt. Nad lasami unosiła się refleksyjna Pamięć, by o rzeczach ważnych nigdy nie zapomnieć. Nad wodami płynęła w powietrzu Wizja, z radością zasiewając ziarno nowych, kształtujących się marzeń. Tańczyła radośnie z ważkami, by życzenia przemienić już w plany.   A nad drogami, by ich wstęgi zawsze prowadziły do wyznaczonych celów, Królowa najczęściej widywała szybką i mądrą Decyzję.

 

- Na imię mieć będziesz Empatia - szepnęła z rozwagą Królowa i oddała  maleństwo w troskliwe skrzydła Smoka. – Niech serdecznych i życzliwych ludzi jest wokół coraz więcej.

 

   I nagle, w tym ważnym momencie, jak zawsze, gdy w tajemnicy nadane zostało kolejne Smocze Imię, stało się coś pięknego.

 

   Na horyzoncie, daleko, na jednym z niewielkich wzgórz z ziemi wyłonił się pęd. Wyrastał wysoko, najwyżej, jakby przerosnąć chciał świat. Wzbijał się ponad pola, ogrody i bujne, zielone lasy. Z wyłaniających się pąków rozkwitło jasne kwiecie. I nagle, w jednej chwili, zjawiły się wszystkie smocze dzieci i szybowały wokoło w zwiewnym, powietrznym  tańcu.  Szelest ich mocnych skrzydeł roznosił się cichym echem. Grupy przepięknych smoków, latających wokół Wielkiego Storczyka, iskrzyły się i błyszczały, aż zamigotał i kwiat. Radośnie i uroczyście, by Imię Nowego świętować. I wszystko trwało tak długo, aż mgły coraz głębszej nocy opuściły swą senną kurtynę, a wielki kwiat rozpłynął się w powietrzu, a świat zdał się być znów zwyczajnym.

 

- Piękne to widowisko.. Wszystko migocze i lśni - westchnęły w zachwycie tarasowe storczyki.  Czasami marzyły gdzieś w głębi serca, by stać się wielkimi jak ten, ale gdy pomyślały, że potem znika tak prędko,  cieszyły się ze swych donic, w których bezpiecznie się trwa.  

 

    Smok-Matka pokiwał głową i ułożył się wygodnie na marmurowej posadzce. Utulił swe Smocze Dziecię i zamruczał prześliczną smoczą kołysankę. Wiatr  zawtórował mu cicho, szeleszcząc liśćmi drzew, a tarasowe storczyki wraz z maluteńką Empatią, stuliły swe śliczne główki, szykując się już do snu.

 

 

 

* * *

 

 

     Obydwie siostry (wraz z zasłuchanym Imbryczkiem) westchnęły wzruszone odczytanymi wieściami, ponieważ nader dobrze wiedziały, że każde nowe Smocze Dziecię przynosiło na świat dużo dobra i szczęścia, ale tylko wtedy, kiedy nazwane zostało mądrze, z rozmysłem.

 

- Piękne i dobre ma imię!  - westchnęła Kofirbatka i ocierając łezkę złożyła list równiusieńko, by schować go do koperty - Już widzę oczyma wyobraźni, jak bardzo otworzy ludzkie oczy i uporządkuje serca, bo choć w nich już przecież jest, to czasem zbyt maleńka.. Teraz możemy być spokojne, że biegiem czasu urośnie i oprószy swym pyłem świat, a ludzie się staną życzliwsi. Musimy rodzicom i siostrom jak najprędzej przekazać dobre wieści a i serdeczne pozdrowienia od Królowej Kwitnących Storczyków. Może ją kiedyś też poznam?

 

- Tak, Imbryczanko kochana, poznasz ją na pewno. Ja miałam już tę przyjemność. Niezwykła to jest osoba.  - rzekła na to siostra piąta i nagle złapała się za głowę w jakimś przedziwnym popłochu - Ale, ale! Która to godzina?! Przecież ja muszę wyruszać! I to natychmiast, bo czas już! Ale zdążę, zdążyć muszę, wyjścia nie mam, nie! W końcu my też mamy imiona, które zobowiązują! - zaśmiała się i rozejrzała - A gdzież jest mój dzwoneczek?! Ach.. rzeczywiście, tu! – złapała go zgrabnym ruchem i wybiegła najprędzej, jak mogła, by nie spóźnić się do swych zadań, bo nie lubiła, o nie! Zdążyła się jeszcze na pożegnanie odwrócić, pomachać siostrze z uśmiechem i znikła w zielonych drzwiach. Drzwi trzasnęły z głośnym hukiem, aż przestraszony Imbryk podskoczył i dźwięknął na blacie.

 

- Czy one naprawdę nie potrafią wychodzić z domu ciszej?! Każda z nich trzaska drzwiami, jakby nie mogła ich zamknąć! Ciągle tylko hałasują albo się panoszą! I jeszcze się im zdaje, że każda najważniejsza! – fuknął oburzony Imbryk, zawirował nagle, stoczył się i... spadł! Całe szczęście, że wylądował wprost w fartuszku Imbryczanki Kofirbatki, gdyż jeszcze go zdjąć nie zdążyła po wielkim, porannym zmywaniu.

- A ty nie mógłbyś popracować nad tym, by spokojniej reagować na niektóre rzeczy? Sam masz temperamencik prawdziwie wrzący, Imbryczku! Skaczesz jak oparzony, gdy coś ci nie pasuje - zaśmiała się dobrotliwie, odstawiając przyjaciela bezpiecznie na kuchenny blat. - Nie to, co twój spokojny, dostojny i mądry Wuj Imbryczka Czajnik. Tak, ten zza morza, tak, tak.. Ten, co ci już radę swą dał.
Pamiętasz, co mu obiecałeś ostatniego razu?

Imbyryczek zawstydził się, dziubkiem w kółko zakręcił i buchnął ostatkiem pary, jaką dziś w sobie miał. Bo rzeczywiście obiecał Wujowi, że będzie się bardziej starać panować nad swoją złością, chociaż to niełatwe jest wcale i niewygodne jest też. Imbryczek spuścił oczy i przypomniał sobie niedawną wizytę wielkiego, mądrego Wuja, który przypłynął zza morza wraz z matką chrzestną Imbryczanki Kofirbatki - Srebrnozłotowłosą.

 

 

 

 

odc. 7

 

 

Srebrnozłotowłosa
i Wuj Imbryczka Czajnik

- NA WIELKIEJ ŁODZI I GOŚCIE

/olej na płótnie 65x50, JWS/

 

 

 

    Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik podróżują razem po obu częściach światów. Równie chętnie przebywają w wielkim Świecie Ludzi, jak i w jeszcze większym Świecie Wyobraźni. W Krainie Dzbanów, gdzie toczy się nasza bajka, jest wiele cudownych przestrzeni. Ciepłe w nastrojach i lśniące barwami dają wytchnienie i spokój. Jest to więc dobre miejsce na miły wypoczynek.

 

     Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik bardzo lubią pływać, więc mają piękną łódź. Łodzią tą zmierzyli już chyba wszystkie morza, z przejęciem odkrywając kolejnych lądów sto. A że te rejsy są długie (a takie zazwyczaj są), umilają je sobie w najprzeróżniejsze sposoby. Łódź owa jest pełna przestronnych pokoi, schowków, zakamarków i czterodrzwiowych szaf. O wszystkich tam skrytych miejscach jest opowiedzieć nie sposób, lecz o tych najważniejszych zdradzę tu parę zdań.

 

    Znajdziecie tam skrzynię skarbów, co lśni jaśniej niż słońca blask. W niej ukryte są jednak ani złote monety, ani też drogie kamienie. We wnętrzu tej dziwnej skrzyni mieszczą się maleńkie, rzeźbione puzderka, a w każdym z tych pudełeczek zamknięte są na klamerki  fikuśne flakoniki. Każdy flakonik  jest inny i niepowtarzalny, a wykonany z grubego i barwionego szkła. We wszystkich  tych buteleczkach śpią poukrywane sekrety, a każdy z tych sekretów jest znany tylko im. A że tajemnice są już z natury swej cichutkiej niezwykle potajemne, to też nie mogę ich zdradzić ni słowem, nawet Wam. Przejdźmy więc lepiej dalej i zwiedźmy inne ciekawe miejsca tejże łodziowej scenerii.

 

    Na wielkim pokładzie, przed burtą, rosną akacje i wierzby. W ich cieniu stoi ławeczka do podziwiania fal. Niezliczona jest wielość nadmorskich zmierzchów i świtów, a każdy z nich całkiem inny, niepowtarzalny i pstry. Do oglądania gwiazd służy wygodny hamak, który kołysząc łagodnie potrafi utulić do snu. A kiedy noc jest już chłodna, hamak zamyka się w kokon i śpiącą postać otula ciepło i miękko jak koc.

 

   Tuż pod pokładem jest kuchnia. Niewielka, gdy płyną sami. Kiedy nadchodzi święto, zmienia się nie do poznania i w najdziwniejszy sposób nagle powiększa się. Ściany się rozsuwają - wszerz, w poprzek oraz wzdłuż i pojawiają się sprzęty na gościny miłej ważną okoliczność. Wtedy też i podłoga - drewniana, skrzypiąca (bo stara), wydłuża swe wąskie deski w kierunku północno-zachodnim. I tak oto mała kuchnia staje wielką jadalnią.  A czasem nawet salonem ze stołem na tuzin par.

   I wtedy, na dłuższym niż w dni codzienne stole, rozścielają się jasne obrusy, stają wazony z kwiatami, miękko spadają serwety, a na nich w rzędach się kładą rzeźbione sztućce ze srebra, porcelanowe zastawy i malowane sosjerki. Bo Srebrnozłotowłosa mistrzynią jest pysznych sosów, choć wszystkie inne dania także pachnące i smaczne a więc znikają z półmisków, spałaszowane przez gości. Czasami proszą ją o dokładne przepisy tych wspaniałych dań o bardzo niezwykłych smakach, pragnąc je potem w swych kuchniach ugotować. Wtedy Srebrnozłotowłosa daje tym gościom w darze woreczki z przyprawami z nieznanych, dalekich krain, zdradzając, że od nich zależy ten bukiet zapachu i smaku.

 

   Po pysznym i sutym obiedzie gospodyni zaprasza swych gości na spacer po pokładzie albo na sofy w salonie, jeżeli pada deszcz. A wtedy nagle i jakby całkiem znikąd pojawiają się na podłogach miękkie, wygodne fotele, smukłe, rzeźbione leżanki i rozłożyste kanapy. Stają tak pod ścianami, praktyczne i piękne zdobione, mieniąc się blaskiem od ognia przed roziskrzonym kominkiem. Meble te ślicznie, gościnnie zachęcają, by spocząć na nich już teraz i w miłej atmosferze raczyć się pyszną kawą przy długich rozmowach o sztuce. Rozmowy te trwają często nawet przez całą noc. Kiedy Srebrnozłotowłosa ciekawe dyskusje zaczyna, Wuj Imbryczka Czajnik w tym czasie donosi miłym gościom stosy słodkich ciasteczek, chrupiących, solonych orzeszków i świeżo parzone porcje afrykańskiego napoju. Bardzo jest dumny z tego, że zna się na kawie jak nikt. A jeszcze bardziej dumny, gdy wszyscy chwalą jej smak.

 

     Niektórzy goście na łodzi wstają z mięciutkich foteli i proszą gospodarzy, by ci im pozwolili obejrzeć podwodny świat. Znają na łodzi tej pokój, w którym panuje cisza, a ciemny błękit morza przepruty jest promieniami jasnego słońca.

 

    Musisz więc wiedzieć, że po drugiej stronie salonu (tego, co stworzył się z kuchni) mieści się  niezwyczajny, duży i szklany pokój. Gdy znajdziesz się w jego wnętrzu, to wejdziesz w świat piękny, zielono-błękitny i cichy. Przezroczyste ściany pozwalają bez trudu podziwiać tętniące wciąż, podwodne życie, pełne swych morskich mieszkańców i falujących widoków. Można tam napawać się majestatycznym ruchem sunących wzdłuż wielorybów, albo  też skocznym tańcem drobniutkich koników morskich. Raz po raz zjawiają się znikąd ławice maleńkich rybek, które pływając radośnie bawią się w chowanego. Kryją się sprytnie w jamkach bujnych i pstrych koralowców, aby po chwili wypłynąć z nich swą wielości siłą. Czasami pod szklane ściany zbliży się płaszczka lub delfin, a czasem nawet są razem i tańczą falując i mknąc. Najchętniej  jednak w te okna lubią zaglądać foki, które ciekawsko ruszają niespokojnymi noskami. Rozpłaszczą swe sztywne wąsiki przytknąwszy je mocno do szyby,  a potem bezgłośnie się śmieją fikając serię koziołków.

 

     Gdy nadchodzi pora zakończenia miłego spotkania, najedzeni, wypoczęci i pięknie wybawieni goście żegnają się i odpływają własnymi łodziami do swoich dalekich domów. Wtedy Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik wracają do zajęć codziennych i bardzo ukochanych.

 

 

 

odc. 8

 

 

 

Srebrnozłotowłosa
i Wuj Imbryczka Czajnik

- W PRACOWNI I W BIBLIOTECE

 

 

 

    Znajdziecie na łodzi pracownię. Malarską, ze sztalugami. I wiele w niej skrzynek z farbami, i małych słoiczków też krocie. W jednych słoiczkach mieści się olej lniany, co lśni w słońcu jak złoty miód, gęsty, tłusty i ciężki. W  innych słoiczkach zaś na swą kolej czeka jak woda przezroczysta, mocna w swoim zapachu, dobra terpentyna, co na drugie imię "balsamiczna" ma.

 

     W pracowni Srebrnozłotowłosa maluje swe barwne obrazy oraz brudzi pędzlem wszystkie te słoiczki. Na stoliku obok leżą szkicowniki, przeróżne ołówki, kredki i palety. A tam, na sztalugach czyste jeszcze płótna, natomiast pod ścianami  oparte stoją gotowe już obrazy, które się nie zmieściły na gwoździkach, wyżej.  Na płótnach tych widzisz i bezkresne morza, i góry najwyższe, i błysZczące gwiazdy, a i portretów także wiele jest. I niby na pierwszy rzut oka, nie różnią się wcale od innych, to nie są to jednak obrazy jakie widzicie w galeriach. A w czymże inne są one? Powiedzieć wszak muszę to Wam.

 

      Każdy z tych obrazów, gdy już przez malarkę skończony, łapie swój pierwszy oddech, ożywa i... dzieje się! A staje się to w tej chwili, gdy już całkiem skończony i podpisywany, w dołu obrazu zazwyczaj  - pojawi się znaczek - zaklęcie - ostatnim machnięciem pędzla. I wtedy nagle postaci z obrazu łapiąc swój pierwszy oddech, mrugają zabawnie oczami. Rozglądają się wokół ciekawie i przeciągają się jakby zbudzone z długiego i głębokiego snu, co zwał się Nieistnieniem.

 

    Wierny towarzysz malarki, Wuj Imbryczka Czajnik, z wielką przyjemnością podziwia te twórcze chwile i zawsze dzielnie dba o to, by nigdy nie brakło kawy. Dobrze wie, że gdy w pomarańczowym kubeczku puściutko, to pędzle nie chcą malować i nie chce zagościć Natchnienie - czyli prześliczna Wena z kluczem do Drzwi Pomysłów. Smukła i zwiewna Wena uwielbia bowiem cudny aromat świeżo parzonej kawy i kiedy się nim napawa, z wdzięczności daje malarce swą barwną i twórczą moc. I tak oto Srebrnozłotowłosa wśród szumu morskich fal tworzy na płótnach swe dzieła. Maluje rozmigotane baśnie słuchając pięknej muzyki, płynącej wprost z gramofonu w jej uszy i wprost do serca - aż po koniuszek pędzelka, co z farbą na płótnie lśni. I tak wyczarowują się dziesiątki malarskich historii - wciąż nowych, baśniowych, choć sennych.

 

    Obok malarskiej pracowni znajdziecie też bibliotekę z księgami ale i z wielkim zbiorem dziesiątków przedziwnych map. Mapy zwinięte w długie rulony stoją oparte o półki. Szafy zaś, wysokie aż pod sam sufit, po brzegi wypełnione grzbietami starych ksiąg. Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik siadają tu wieczorami, aby poczytać głośno - bo bardzo lubią się dzielić, czytają je więc na role. Kiedy tak odczytują najprzeróżniejsze historie, słowa się przemieniają w pachnące krajobrazy. Kiedy czytają o lasach, w pokoju bibliotecznym roztacza się zapach szyszek i wilgotnego mchu.  Kiedy czytają o ludziach, książkowe postaci ożywają naprawdę i słychać ich rozmowy i bicie ludzkich serc.  Wszystko wiruje w przestrzeni, łącząc się w piękny film, który się staje realnym i najprawdziwszym też światem. Znikają książkowe półki, znikają też inne sprzęty, nikną jak we mgle ściany, przepada podłoga i stół. Pokój biblioteczny na wielkiej, pięknej łodzi, sam staje się wartką akcją czytanej opowieści. Prawdziwą i namacalną. Żywą jak każdy z nas.

 

   Zdarza się, że Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik, prócz odczytania tekstu, stają się sami nim. Dzieje się tak wtedy, gdy zafascynowani postacią, chcą z nią tak po prostu, swobodnie porozmawiać. Wtedy się zamieniają w tysiące maleńkich literek i przenikają do książki wnikając do niej strumieniem. I wtedy dzieje się coś, co bardzo oboje lubią. Tocząca opowieść nagle się zatrzymuje, karty szeleszczą cichutko, a bohaterowie książek kierują na nich swój wzrok, przyjmując ich serdecznie do książki tej właśnie grona. Toczą z nimi tak wspólne długie, ciekawe rozmowy, przysiadując po turecku na marginesach kart.

 

   Przez długie te morskie rejsy, setki bohaterów przeróżnych mądrych ksiąg i malowanych obrazów, zaprzyjaźniając się szczerze, odkryło przed nimi umiejętność rozumienia ludzkich emocji i dusz. Przekazując im lekcje, uczyli,  jak walczyć o dobro i dbać o to, co się w swym życiu kocha. Nauczyli, jak pokonywać przeciwności losu i jak okiełznywać w sobie wiele brzydkich wad. I w taki właśnie sposób Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik posiedli dużą wiedzę.

 

    Chętnie się nią posługują oraz - gdy ktoś ich o to  poprosi - wiedzą swą się dzielą, bo nauczeni doświadczeniem dawno zrozumieli, że narzucanie mądrości  nikomu się nie podoba, a rada zadziała tylko wtedy, gdy ktoś jej wysłuchać jest gotów. Nie lubią więc nikomu narzucać swego zdania, ani też towarzystwa, gdyż wolą obserwować ludzi i różny obrót spraw. Przyglądają się wszystkiemu w spokojnym milczeniu, lecz gdy widzą, że jednak naprawdę potrzebna jest ich pomoc, działają szybko, dyskretnie, nie robiąc  wokół siebie żadnego zbędnego hałasu. Gdy jednak ktoś wprost o radę poprosi, dostanie ją zawsze. Najlepszą.

 

   Jedną z takich rad dał Imbryczkowi Wuj Czajnik, gdy ujrzał, jak któregoś razu mały, wrzący buntownik po nagłym wybuchu złości prawie że kiedyś pękł...

 

   A było to właśnie tak..

 

 

odc. 9

Symbioza

/olej i akryl na płótnie 50x65, JWS/

 

 

 

    Pewnego pięknego poranka wielka łódź Srebrnozłotowłosej i Wujka Imbryczka Czajnika zacumowała tuż przed domem wszystkich siedmiu sióstr. Postanowili bowiem odwiedzić rodzinę z daleka, z radością ją uściskać, nim w dalszą podróż wyruszą szukać kolejnych przygód.

 

   Łódź - choć tak ją zwali - była wszak pięknym żaglowcem, przybiła do portu zza dzbanów, co po horyzont tam są. Stoją ogromne i różne, wielkie jak dęby stuletnie i obserwują krainę strzegąc odważnie jej bram. Tym razem podróżnicy niezwykle zdziwieni hałasem prawie w podskokach przybiegli do domku małego, przy płotku, na którym zazwyczaj kogutek co ranka dla świata piał. Nie było go jednak na płotku, pobiegł już pewnie gdzieś w dal.

 

  Srebrnozłotowłosa i Wuj Imbryczka Czajnik zatrzymali się na podwórku, tuż przed otwartym oknem, bo hałas pochodził z kuchni - ktoś krzyczał i kłócił się.

 

- Ale jak to półki! Ja nie chcę tam siedzieć! Nie będziesz mnie przestawiać, jak sama tylko chcesz! Na tym blacie będę siedział i nikt mnie stąd nie ruszy!!!

 

- Ależ na chwilkę tylko, Imbryczku mój kochany! Muszę tu zrobić miejsce na garnki do obiadu! - traciła już cierpliwość pogodna Kofirbatka - Jak wszystko przygotuję, od razu wrócisz tu.

 

- Za żadne skarby się nie dam na półkę z głupimi tłuczkami postawić! Ja jestem ze złota, z pospólstwem nie chcę stać!!! - darł się Imbryk w niebogłosy i buchał parą z dziubka.

 

- My - pospólstwo?!! Jakże możesz! Jesteś przeokropny!!! - zastukały obrażone tłuczki i spadły na blat z drewnianym łoskotem, aż kubeczki, te z kredensu, zbudziły się z drzemki.

 

- Co się dzieje?! Co, do licha? - pisnęła Pani Filiżanka uszkiem stuknąwszy o kubek, który zirytowany szturchnął dwa następne, aż z kredensu słychać było coraz głośniej łoskot.

 

- Nie wtrącajcie się, kubeczki! To jest nasza sprawa! - krzyczał Imbryk i z tej złości turlał się po blacie.

 

   Imbryczana Kofirmatka widząc ten bałagan, złapała się za głowę, fartuszkiem oczy przykryła i zaczęła płakać w głos z tej już bezsilności. W tym samym momencie zielone drzwi kuchni otworzyły się szeroko a w nich stanęła Matka Chrzestna nieszczęsnej dziewczyny. Tuż przy jej boku prawdziwie zdumiony Wuj Imbryczka Czajnik zagwizdał na ciszę.

 

- Co wy tu robicie? Tak witacie gości? - zapytała Srebrnozłotowłosa całe towarzystwo. Wszyscy zamilkli, ucichli i się zawstydzili, tylko Imbryczanka śliczna chlipała cichutko. Srebrnozłotowłosa podeszła do niej i całując w mokre od łez, piegowate policzki przytuliła mocno dziewczynę do serca.

 

- Widzę, że przypłynęliśmy wprost na awanturę, lecz nie ma przypadków, widać, po coś to - uśmiechnęła się jasno do swojej chrześnicy i wytarła łezki z pucatej twarzyczki. Natomiast Wuj Czajnik podszedł do Imbryczka, spojrzał srogo na siostrzeńca naburmuszonego.

 

- Nie chcesz na półkę, powiadasz.. - rzekł spokojnym głosem - To przeciecz na chwilę, no i z przyjaciółmi.

- Nie chcę! Nie! Nie pójdę tam do nich i już! Z nimi stał nie będę! Z drewna wystrugane! - znów się pieklił mały, bo głos mu już powrócił - Drewniane tłuczki jedne, co niewiele wiedzą! - buchnął parą i się wypiął tracąc równowagę.. I nagle potoczył się i nie mógł się zatrzymać!

 

   Wuj Imbryczka Czajnik ujrzał co się dzieje i uśmiechnął się do siebie, wiedząc, co się stanie. Znał te tłuczki, te drewniane, nie od dzisiaj przecież. To serdeczne, dobre dusze i niepamiętliwe. Gdy tylko zobaczyły jak Imbryczek rozpędzony swoją własną złością ku zgubie się toczył, doskoczyły wszystkie cztery i zrobiły.. płotek! Naprężyły się, zaparły, mocno osadziły no i dzielnie tak przyjęły na siebie jego ciężar. Zatrzymawszy tak Imbryczka, uchroniły go od - być może - opłakanego w skutkach, upadku złośnika. 

 

- Oj! - jęknął bardzo przerażony - Ojojojojjj.. Ja Wam tak, a wy mi za to na ratunek.. - westchnął z ulgą zawstydzony, nie wiedząc, co zrobić..

 

- Przeproś je, Imbryczku, nigdy więcej nie obrażaj i zawsze wszystkich szanuj, bo warto żyć w symbiozie, a mądrzy o tym wiedzą. - rzekł Wuj Czajnik.

 

- W czym żyć, Wuju? - spytał mały, spokojniejszy nieco, a reszta zamilkła też w oczekiwaniu.

 

- Nie wiesz, co to symbioza? - odezwał się Wuj srebrny i opowiedział wszystkim bardzo podobną historię.

 

   Bo właśnie w Krainie Dzbanów,  tam, gdzie mieszkały siostry, na jednej ze złotych palet istniał ogromny parasol. O nim to krążą historie, że ważny jest i niezwykły, bo razem z pewnym dzbanuszkiem dba o równowagę wód, by nigdy z brzegów nie wyszły. Przedtem robiły to dzbany, wielkie, na horyzoncie, lecz jak też wszyscy wiemy, kropla przepełnia dzban. Potrzebowały więc mądrego pomocnika, czekały na niego lata, aż doczekały się.

 

   Jednak rzeczony parasol, zanim się stał tak pomocnym, od dziecka był buntownikiem i zawsze chciał rację mieć. Nie czuł, że jest zwykłym, jak inne, chciał z tłumu wyróżniać się. Uważał się za lepszego. Nosa zadzierał wysoko. Nikogo nie poważał, prychał na tych w potrzebie i za nic tak wszystkich miał. Koziołki fikał w deszczu, zamiast ochronić, co mokło.

 

   Aż dnia któregoś, w podskokach, nadepnął na jeden z niczego nie spodziewających się glinianych, niedużych dzbanków. Dzbanek jęknął, pisnął, krzyknął i zaczął się szybko toczyć. A do skraju palety, czyli do przepaści, było niewiele miejsca. Spadłby pewnie, przepadł w gwiazdy, gdyby nie parasol, co w odruchu jakimś dziwnym na ratunek mknął! Skoczył tak odważnie na samiutką krawędź, w locie mocno się rozłożył i rączką zawiesił. Chwilkę po tym rudy dzbanek wturlał się wprost w niego, opadł w druty naprężone i uratowany! 

 

Ach! Jakże mu dzbanek dziękował! Jak ślicznie mu powiedział! Że odważny jest i dzielny, jakby nie pamiętał, że to właśnie przez parasol stało się to wszystko! I opowiedział mu co by się stać mogło, gdyby dzbanek znikł! Wody w rzekach oraz w morzach wyszłyby ze swych brzegów i zalały ziemi połać czyniąc wielkie szkody. Parasol zamyślił się wtedy, poczuł się jakoś nieswojo i uświadomił sobie, że nadszedł czas się zmienić.

 

- Zrozumiał bowiem, że pomagając robi się coś dla innych, ale nie tylko dla nich! Bo robi się coś i dla siebie.  - ciągnął swą opowieść Czajnik Wuj Imbryczka właśnie. A ten drugi, mały złośnik - już uspokojony - oczy miał już coraz większe z tego zadziwienia.

 

- Jak to... i dla siebie? - spytał niepewnym głosikiem, a kubeczki, tłuczki, garnki czekały uważnie na ciąg dalszy rozmowy. Tylko Srebrnozłotowłosa oraz Kofirbatka pokiwały z uśmiechem głowami, wiedząc, o co chodzi.

 

- Bo widzisz, mój złoty siostrzeńcu, symbioza to piękna rzecz. Jeśli się z innymi żyje w dobrej zgodzie, wtedy nikt nie musi czuć się pominiętym. Gdy jeden pomaga drugiemu, a drugi pomaga pierwszemu, pojawia się równowaga i wszystko ze sobą gra. Każdy ma wtedy  korzyść - dając i otrzymując. Tak, jak parasol i dzbanek, czy też jak tłuczki i ty.

 

- Ale.. ale.. - zająknął się Imbryczek - co dzbanek jemu dał, bo chyba nie rozumiem..

 

- Pomyśl - wtrąciła się Srebrnozłotowłosa - Gdyby nie dzbanek, czego nie zrozumiałby pewnie nigdy ten parasol?

 

   W kredensie najpierw zawrzało i dźwięcznie zastukało, a już po chwili zrobiło się całkowicie cicho. Wszyscy mieszkańcy kuchni z niecierpliwością oczekiwali tejże odpowiedzi.

 

- Czego by nie zrozumiał? Hmm.. może tego, że jest taki odważny? - niepewnie rzucił Imbryk, lecz spojrzawszy na Wuja pomyślał, że to nie tylko to. Zastanowił się więc głęboko i nagle wpadł na tę myśl - A może zrozumiał, że nie warto jest się o kogoś potknąć?

 

    Drewniane tłuczki, które leżały już sobie na wielkim, kuchennym blacie rozchichotały się głośno, parsknęły też i patelnie. Imbryczek zmarszczył brwi, spojrzał na wszystkich wokoło i nagle uniósł swój dziubek i ciągnął swój wywód dalej.

 

- Nie śmiejcie się! - prychnął - Czekajcie! Ja to tak zrozumiałem, że gdyby parasol ostrożniej po tej palecie chodził, to by nie kopnął dzbanuszka, co go ratować już musiał. Bo gdyby.. - mówił dalej - bardziej pod nogi patrzył, nie zrobiłby żadnej szkody tą swoją nieuwagą. A że nie patrzył pod nogi, bo sobą był tylko zajęty, to się to wszystko stało przez jego zarozumiałość! No ale gdyby nie kopnął tego dzbanuszka wcale, to by się nie dowiedział, że pomoc ważna jest. Czyli na to wychodzi, że co by się nie zadziało, to zawsze może być lekcją uczącą czegoś ważnego.

 

Imbryczanka Kofirbatka razem z Matką Chrzestną, Wuj Imbryczka Czajnik i mieszkańcy kuchni w milczeniu po sobie spojrzeli i przytaknęli małemu, który całkiem mądrze to sobie wykombinował.

 

- Dokładnie tak, mój Imbryczku - uśmiechnął się mądry Wuj Czajnik - Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A wszystko dzieje się po coś, wystarczy się zastanowić i wnioski ze sprawy wyciągnąć, by w zgodzie już dalej żyć.

 

Imbryczek zakołysał się i ostrożnie przyturlał do tłuczków. Stanął na przeciwko nich i takie im słowa rzekł:

 

- Bardzo was przepraszam, że tak o was myślałem. I bardzo wam dziekuję za uratowanie. Gdyby nie wy, mój śliczny, pękaty brzuszek na pewno by się pogniótł i byłbym do naprawy! Jesteście odważne i mądre, a ja narwany, niedobry.. -  spuścił dziubek w zawstydzeniu i zarumienił się.

 

- E tam, nic się nie stało - powiedziały drewniane tłuczki i zastukały na zgodę, bo lubią, gdy zgoda jest.

 

- No to co, idziemy razem na półkę? - podskoczył złotobrzuszek i dziubkiem pomógł tłuczkom na półkę wysoką wejść. A Wuj Imbryczka Czajnik też z nimi na nią wskoczył, aby z siostrzeńcem i resztą toczyć ciekawe rozmowy.

 

    Imbryczanka Kofirbatka spojrzawszy na zegar w kuchni, wstała z krzesełka  i poprosiła Ciocię, by ta przyrządziła sos. Bo jak pamiętacie, Srebrnozłotowłosa z pysznych sosów jest bardzo znana. Tak więc obiad dla wszystkich ugotowały we dwie, używając aromatycznych przypraw zza dalekich mórz, które Matka Chrzestna przywiozła Kofirbatce w miłym podarunku.

 

   A potem, przy wielkim stole, wszyscy usiedli radośnie. Rodzice dziewcząt i one, wszystkie te siedem sióstr, by razem z gośćmi czas spędzić przy różnych i ciekawych, długich opowieściach. Aż zegar wybił południe..

 

   I wtedy to pewną południową historię o sercu śpiącego dzwonu opowiedział przy stole im Czas, który tatusiem jest sióstr. Jeśli posłuchać chcesz o tym, poczekaj cierpliwie, a będzie.

 

 

 

 

odc. 10

Czuwanie

/olej i akryl na płótnie 50x65, JWS/

 

 

  

     Tata dziewcząt Czas wsunął dłoń do kieszonki kamizelki w kratę. Wyjął z niej po chwili okrągły, otwierany  zegarek, przypięty do guziczka grubym i srebrnym łańcuszkiem. Sprawdził godzinę i uśmiechnął się do swojej rodziny siedzącej przy stole w kuchni wiedząc, że wszyscy czekają na obiecaną opowieść.

 

- Południe. – stwierdził kiwając głową – To dobry moment jest dnia. Poranne czynności już zwykle są za nami, a środek dzionka już nadszedł. Słyszycie, jak bije dzwon, co czuwa nad porą doby?

 

    Zza okna gwarnej dziś bardzo kuchni, dobiegały rytmiczne stuknięcia. Ding-dong, ding-dong – dźwięczne i donośne. Wszyscy zasłuchani w jego czyste i melodyjne brzmienie, w milczeniu przytaknęli Czasowi głowami.

 

- Jeśli dobrze pamiętam – odezwała się Pamiętulka Wszystkowziętka poprawiając torebkę oraz parasolkę, bo jak dobrze wiecie, zawsze wszystko ma – to serce dzwonu z Krainy Dzbanów nie tylko bije godziny czy też pilnuje pory dnia i nocy, lecz ma również inne zadania.

 

- A co to jest serce dzwonu? – spytał Imbryczek ciekawie, żeby się upewnić, że to dobrze wie – Czy to jest ten dzyndzelek, co w środku dzwonu tkwi?

 

- Dobrze myślisz, Imbryczku – rzuciła Kofirbatka i uniosła go do góry, by dolać wszystkim pachnącej, różanej herbaty.

 

- Dzieci, oj dzieci drogie, dajcie opowiedzieć tacie opowieść południową – zaśmiała się pięknym śmiechem ich mama – urocza Chwilka i mrugnęła do dziewczynek grożąc smukłym palcem.

 

     Imbryczanka Kofirbatka napełniła filiżanki i usiadła grzecznie gładząc swój fartuszek. Wszystkie inne siostry umościły się w miękkich, wygodnych krzesełkach puszczając do siebie oczka, jak często, gdy były razem.

 

- Serce dzwonu, gdy nie bije, drzemie na poduszce. – rozpoczął historię swą Czas i połknął łyk dobrej herbaty. – Jest wszak stare i zmęczone, bije już od wieków. Nie śpi jednak tylko po to aby odpoczywać, ale o tym wam opowiem już za chwilek parę.

 

Mieszka nad modrym jeziorem, co leży pod górami, a lasy zielone i bujne pełne zwierzyny i ptactwa. Za górami, na oliwkowym niebie wisi ogromna tarcza, co ojcem jest wszystkich zegarów. Pilnuje, by biły na czas i dba o więzy krwi.

 

Czuwa nad rodzinami, by pamiętały o sobie, a i nad takimi, co zapomniały już. Bo musicie wiedzieć, że są i takie rodziny, których zbyt kręte drogi rozpierzchły się i urwały. Wiele jest trudnych powodów, w powodach tych często sekrety, których odkrywanie nie zawsze łatwe jest. I wtedy rodziny te żyją w całkowitym oddzieleniu przez bardzo długie lata, choć tli się w nich ta myśl, by móc się połączyć znów.

 

I kiedy przychodzi pora, bo pora taka przyjść musi, zegar ten tyka w ich sercach i szepcze, że spotkać się czas..

 

- I wtedy się odwiedzają! – podskoczył Imbryczek radośnie i dziubkiem złotym pomachał do Wuja Imbryczka Czajnika. – A czy nie mogliby wszyscy już potem całkiem na zawsze, na wieczność, razem tak sobie zamieszkać? Byłoby tak wesoło!

 

- Rodzina to wielka jest rzecz – ciągnął opowieść swą Czas – lecz drogi się muszą rozchodzić, bo taki porządek jest spraw. Dzieci się rodzą i rosną, by swoje rodziny zakładać i tak też przez wieki ma trwać. Zazwyczaj osiadają dość daleko od swych rodzinnych domów i gdzieś tam, w tych nowych miejscach toczą już życie swe.  – złapał Czas Chwilkę za rękę, a tej zaszkliły się oczy, bo właśnie oboje spojrzeli na córki siedzące z nimi wciąż jeszcze przy wspólnym, kuchennym stole.

 

- I to akurat jest naturalne, bo tak ułożony jest świat. Jednak zdarza się czasem inaczej. Niektóre rodziny się gubią, tak całkiem gdzieś z oczu znikają, lecz potem się odnajdują i wielka już radość jest. Dlatego czasami się słyszy, jak ktoś odszukuje swych braci, albo też swoje siostry o których istnieniu miał wiedzę. A wszystkim tym zawiaduje tarcza zegara nad lasem i serce dzwonu, co śpi. Bo śpiąc śni o tęsknotach tętniącej tej samej krwi, spisuje je w notatniku, by potem coś zrobić z tym prędko, z rodziny  wyznacza osobę i jej to powierza tę misję. I nagle, po wielu latach znów obecnością się cieszą, gdyż mają tę piękną możliwość obok swych bliskich już być. Nawet, gdy ich domy oddalone są od siebie setki kilometrów, a podróż ich czeka daleka.

 

- A czy nie mogliby, jak się już odnajdą, zamieszkać gdzieś bliżej, tak bardzo, bardzo bliziutko? – Kogutniczka Przebudzanka otarła łezkę wzruszenia głaszcząc swego kogutka, co wskoczył jej na kolana, a tata Czas odpowiedział bezzwłocznie na jej pytanie.

- Widzisz, kochana córeczko, nie zawsze razem być można, a nawet często nie trzeba, bo połączona już więź.

 

- Ale co najważniejsze, spotkanie odbywa się - wtrąciła Srebrnozłotowłosa gładząc Kofirbatkę po jej jaśniutkim warkoczu - A wtedy wzruszenia i kwiaty. Uściski, uśmiechy szczęśliwe i zapewnienia gorące, że więcej już się nie zgubią i będą w kontakcie na zawsze. A wtedy z okazji spotkań  dzieci laurki malują, kotlety im ciocie pieką, albo kupują im lody lub też gotują im sos. A dorośli przy stole, lub w innym zakątku domu,  prowadzą ważne rozmowy, aby nadrobić te lata i złapać stracony czas. Budują nowe wspomnienia, tkają te nitki miłości i czują to dopełnienie pustki, co była w ich sercach.

 

- Bo jeśli spotkają się z wielkiej potrzeby serca – ciągnął swe słowa Czas tata - już potem wiedzą jak trafić do siebie w przyszłości.  A potem nadchodzi pora rozstania i pożegnania, bo wszyscy muszą powrócić do swojej codzienności, jest bowiem przecież ich życiem. Żegnają się wtedy i tulą lecz ciepło gości w ich myślach.

 

- Nawet, jeśli daleko..– westchnął Imbryczek cichutko – To zawsze są jednak już blisko  – przytulił się złotobrzuszek do Wujka Imbryczka Czajnika, a tamten ze wzruszenia zakręcił srebrnym dziubkiem, by łezki nie uronić, bo może nie wypada..

 

- I taka to właśnie historia, moi kochani i mili o sercu pewnego dzwonu - strażnika więzów krwi. Przestał już bić, czy słyszycie? Jest cisza.. Z pewnością czuwa i śni teraz kolejne rodzinne sny, aby znów mapy nakreślać, by drogi spotkały się. – pokiwał głową tata Czas i napił się różanej herbaty z niewielkiej filiżanki w maleńkie, malowane  margerytki.

 

- Ale to nie jest koniec rodzinnych historii – zaszczebiotała Chwilka, obdarowując jak zawsze wszystkich  uśmiechem prześlicznym – I ja mam dla was dziś jedną. O sercu mamy ją mam. A znam to z doświadczenia, bom sama jest mamą i wiem!

 

- Opowiedz, mamusiu, opowiedz! – ożywiły się dziewczęta i zaiskrzyło im w oczach od słonecznego blasku, który pociemniał na moment, gdyż za otwartym oknem przeleciał ogromy ptak..

 

 

 

 

 

odc. 11

Macierzyństwo
/olej i akryl na płótnie 50x65, JWS/

 

 

 

      Za otwartym oknem kuchni, w której nadal, przy stole, siedziała cała, duża rodzina ciesząc się z miłych gości – jak pewnie pamiętacie - przemknął ogromny ptak. Jego wielkie skrzydła zatrzepotały głośno, a w kuchni pojawił się cień.

 

    Nie był to jednak cień zwykły, falował i mienił się. Padał na szafki i kredens, zadrżały więc filiżanki i zalęknione tym cieniem wtuliły się w barwne kubeczki. A on tak sunął powoli - na sufit, podłogę i stół, aby zaniknąć na ścianie, tak, tej z portretem rodzinnym. Portret ten, namalowany kiedyś przez Srebrnozłotowłosą w pracowni malarskiej na łodzi, był jak jej wszystkie obrazy magiczny i mógł się ożywiać. Zamrugał więc obraz zdziwiony wszystkimi oczami postaci, bo ożył właśnie na chwilkę widząc to dziwne zjawisko.

 

   Dziewczęta, rodzice, a także Matka Chrzestna Imbyrczanki Kofirbatki Srebrnozłotowłosa  zakryli usta z zaskoczenia i nagle.. głośno szurnęły krzesełka i wszyscy przepychając się, podbiegli do otwartego okna, by ujrzeć jeszcze przez moment legendarnego ptaka. Bo musicie wiedzieć, że piękny był i wspaniały, a w dziobie niósł całą wiązkę przecudnych, zmieniających kolory piór...

 

- To jedno z tych cudnych stworzeń, które nawet w Krainie Dzbanów ujrzeć jest bardzo trudno, bo rzadko się zapuszczają na zamieszkałe tereny. Ciekawe, cóż go tu dziś przywiodło? – rzekł Czas zdumiony do żony i objął ją mocnym ramieniem, a ona objęła dziewczęta, wciąż się tłoczące przy oknie.

 

- No właśnie, ciekawe, ciekawe! – piszczał najgłośniej Imbryczek – Ja to go zobaczyłem dopiero pierwszy raz! Jakiż on jest ogroooomny! No większy niż ten wasz statek!

 

- Wielki jest, rzeczywiście. I bardzo mądry też jest – rzekła Srebrnozłotowłosa, gdyż wiedziała o ptaku tym dużo, z książek, które czytała w bibliotece, w łodzi. – To Ptak Odwiecznych Mądrości, ma wiedzę ze wszystkich światów. Dlatego szukają władcy, co kraj swój chcą zmienić w potęgę. Ale odnalezienie go i uwięzienie dl siebie jest prawie niemożliwe – ciągnęła dalej tłumacząc to dziewczętom oraz Imbryczkowi. – Ale dlaczego przyleciał tu dziś, doprawdy nie wiem.. podrapała się po głowie i wzruszyła ramionami.

 

- Ale ja wiem. – odrzekła w zamyśleniu mama Chwilka i bez uśmiechu tym razem. Wszyscy na nią spojrzeli czekając na odpowiedź - Tak, moi kochani, chcieliście opowieść o mamie. No to Wam taką opowiem, choć inną, niż miałam na myśli. Usiądźcie.

 

    Kiedy już wszyscy wrócili na swoje miejsca, matka dziewcząt przechyliła uroczo głowę i powiedziała poważnie - Coś stało się z jajem w gnieździe.

 

   Dziewczęta spojrzały po sobie, bo ich mama przecież zawsze się uśmiechała, ale tym razem przestała, więc ważna to sprawa jest.

 

- Ptaki te znoszą dwa jaja, raz na tysiące lat. – zamilkła na moment i uniosła palec Chwilka, aby podkreślić te słowa. – Są więc niezwykle cenne i długo wyczekiwane. Jaja są złoto-miedziane, lśniące,  pachnące maciejką. Z obu tych jaj powinny się wykluć dorodne, bliźniacze pisklęta. Pisklęta te jednak nie potrafią istnieć bez siebie w dzieciństwie. Rozdzielą się dopiero, gdy już  dojrzeją i całkiem dorosną. Jeśli wcześniej coś stanie się z jednym, drugie niestety, umiera.. Tym razem są zagrożone nie tylko one, ale i także ich dzielna matka...

 

- Jak to?! – szepnęły córki przy stole wieścią zatrwożone.

 

- Zobaczyliśmy Ojca, który w dziobie niósł wiele piór, prawda? – powiedziała mama Chwilka, a dziewczęta przytaknęły - Oznaczać to może tylko jedno, że Matka oddała swe pióra i wyścieliła nimi gniazdo aby ratować jajo, co chore i bliskie jest śmierci. Pióra tych ptaków mają bardzo niezwykłą właściwość, gdyż leczą wszystkie choroby. Jednak każde z utraconych piór zabiera zdrowie ptakowi, który je utraci.

 

    Matka ta, ratując swe dzieci, oddała im wiele swych piór. Jest słaba i chora, i może się zdarzyć, że nie zdoła nawet wysiedzieć tych tak wyczekanych jaj.. Jest tylko jeden sposób, aby odwrócić nieszczęście. Ojciec niewyklutych jeszcze piskląt musiał wyruszyć w podróż, by zwiedzić wszystkie gniazda rozsiane po całym świecie. W każdym z gniazd prosił inne podobne im ptaki-matki o pióro dla swojej żony, by uratować jej życie i życie nienarodzonych jeszcze ich własnych ptasich dzieci. Bo tylko pióra matek mają zdrowotną moc. I teraz wracał, z piórami, jak z życiem do gniazda mknie..

 

- Czy on uratować ją zdąży? – martwiła się Przedświtnica Przedbudzenna, przypominając sobie, że kiedy ostatnio śpiewała przedświtne kołysanki innym ptaszkom, to usłyszała, jak w tajemnicy szeptały między sobą o nieszczęśliwej, ptasiej matce, co bliska już śmierci, z nadzieją oczekuje na Pióra Życia co mąż jej już niesie z daleka. Przedświtnica postanowiła jutro z samego ranka dowiedzieć się wszystkiego od innych ptaków, przed świtem.

 

- On na pewno zdąży, a ona ciągle żyje – zapewniła mama Chwilka, miała bowiem tę pewność, bo czuła głębiej niż inni.

 

- A  dzieci w jajach, czy zdrowe? – zatroskał się Wuj Czajnik mądry, bo chociaż wiele wiedział, to tej opowieści nie słyszał.

 

- Tak, już tak – uśmiechnęła się mama Chwilka – Jej pióra je uleczyły. Ona jednak tam drży z zimna strasznego, lecz jest spokojna, szczęśliwa, że dzieciom już nic nie grozi.

- No ale ona mogłaby umrzeć naprawdę, skoro im pióra oddała?! – krzyknął Imbryczek pytając.

 

- Tak. Bo widzisz Imbryczku, takie jest serce matki, Imbryczku. Dla niej nic bardziej ważnego jak dzieci, ich życie, zdrowie i szczęście. Gotowa jest za to zapłacić nawet najwyższą cenę.. – potwierdziła Chwilka - I serce ojca też takie, ratuje i dzieci, i matkę. – rzekła spoglądając głęboko w oczy swego męża – Bo dzieci to przecież przyszłość, miłość i skarb jest największy!

 

- A wy to jesteście wyjątkowo bogaci, kochani! – powiedziała Srebrnozłotowłosa do swej siostry Chwilki i do szwagra – Czasu – Aż siedem perełek swych macie! I jedna cenniejsza od drugiej!

 

     Wszyscy roześmiali się radośnie i wstali, by sprzątnąć ze stołu po długim, rodzinnym obiedzie, co stał się już i kolacją. Dzień wszak już gasł powolutku, a wizyta gości dobiegała końca.

 

- Dziękujemy wam za gościnę, już nam odpłynąć jest czas  – ucałowała wszystkich serdecznie Srebrnozłotowłosa, a Wuj Imbryczka Czajnik utulił też swego siostrzeńca. Szepnął mu jeszcze do uszka, żeby już teraz się starał złość swoją wyhamowywać, bo to jest przecież właśnie oznaką męskiej mądrości. Imbryczek wypiął pierś złotą, obiecał, że będzie się starał, bo chociaż był jeszcze chłopcem, to bardzo mężczyzną chciał być.

 

– Piękna jest taka niedziela, gdy można ją spędzić rodzinnie. Od jutra znów tydzień pracy, znów zacznie się wszystko od nowa. Nieprawdaż, miła Trybiczanko Powszedniulko? Ty o tym dobrze wiesz – przytuliła Srebrnozłotowłosa miedzianowłosą dziewczynę.

 

- Oj tak, tak.. Lecz praca to też jest cudna przygoda! A ja o tym nieustannie przekonać wszystkich się staram, choć skutek jest bardzo różny.. – zaśmiała się siostra piąta, dzwoniąc dzwoneczkiem złociutkim.

 

 

odc. 12

Trybiczanka Powszedniulka

/olej na płótnie 65.50, JWS, maj 2017/

 

 

 

      Kiedy już mili goście, czyli Srebrnozłotołosa i Wuj Imbryczka Czajnik pożegnali się z całą rodziną i odpłynęli swą wspaniałą łodzią ku nowym przygodom, a rodzice i dziewczęta wrócili do swych codziennych czynności, do kuchni Imbryczanki Kofirbatki zajrzała raz jeszcze siostra piąta. Tak, ta z dzwoneczkiem na szyi.

 

- Imbryczanko, czy mogłabyś jutro przygotować dla mnie spory termos z kawą? Tak ślicznie cię o to proszę. – uśmiechnęła się do siostry miedzianowłosa dziewczyna.

 

- Ależ owszem, Trybiczanko, już przygotowałam. Ten błękitny, co go lubisz. Będzie pyszna kawka!

 

- Pamiętulka Wszystkowziętka przecież przypomniała! – wtrącił Imbryk podskakując - Wiemy, wiemy, że dziś właśnie kończą się wakacje i że wszystkie ludzkie dzieci pomkną znów do szkoły! Tak więc musisz, Powszedniulko dać im dużo pary, żeby się uczyły dzielnie i ochoczo przecież. No i wszystkim tym dorosłym, co do pracy chodzą!

 

    Trybiczanka przytaknęła, klepnęła Imbryczka przyjaźnie po jego pękatym brzuszku i usiadła przy stoliczku, by mięciutką, żółtą szmatką przetrzeć swój dzwoneczek. Jest narzędziem jej potrzebnym, dba więc tak o niego, gdyż nim dzwoni delikatnie, by wzbudzać chęć do pracy. Jego dźwięki – gdy zadzwoni  - choć cichutkie bardzo, płyną w cały świat szeroko, opadając miękko. By radośniej no i chętniej nam się działać chciało.

 

    Trybiczanka Powszedniulka jest wszak pracowita, ale także w swojej pracy jest bardzo ambitna i dlatego ciągle szuka kolejnych rozwiązań, garść pomysłów ma specjalnych też dla wynalazców. Opiekuje się machiną, taką przeogromną, co Świat Ludzi wciąż buduje, by się wciąż rozwijał.

 

    Bo wszystko jest piękną machiną – pracuje, turkocze i wre. Trybiki i koła  zębate,  kręcą się ciągle, bez końca, by parą buchając błękitną, wprawiać w ruch ziarna pomysłów, a plany, co z pracą związane, mogą się rodzić, zaistnieć.

 

    Każde z tych ziaren jest najpierw małą, niebieską kuleczką, a te niebieskie kuleczki ona wytwarza i zmienia.  A  gdy już dorzewają, zmieniają kolor i pomysł, nim stanie się myśląjuż w głowie, jest małą, czerwoną piłeczką! I się przetacza przez rurki, mknie po kręconych zjeżdżalniach, sunie po równi pochyłej i wpada w mosiężny lejek! A całą tę drogę przebywa, by móc się rozpędzić na tyle, by z lejka tak wypadając, wybić się mocno do góry i wpaść nam do głowy czym prędzej.

 

- A to czemu nas nie boli i guza nie nabije, jak z wielką tą siłą pomysł do głowy nam wpada? – spytał Imbryczek ciekawski, gdy z Trybiczanką rozmawiał.

 

- Już ci to wytłumaczę.. – rzekła Powszedniulka, poprawiając piękną broszkę pod swym kołnierzykiem, gdyż zerknęła mimochodem w lusterko na ścianie - Otóż, gdy gotowy pomysł już prawie tej głowy dotyka, dźwiękiem dzwoneczka rozpryska i staje się lekki jak mgiełka. I wtedy to opadając, otula każdego człowieka i radość się miła wytwarza, i uśmiech na twarzy rozbłyska. Bo nagle już jasnym się staje, jak każde zadanie rozwiązać, jak plany zrealizować i obowiązki wypełniać. I co najważniejsze, jak zrobić to dobrze no i z przyjemnością, gdyż przyjemność właśnie jest wielką motywacją! Bo kiedy się lubi swą pracę, to ona idzie jak z płatka. Dużo radości przynosi a i korzyści też!

 

    Trybiczanka Powszedniulka myśli intensywnie, projektuje i zarządza, dzieli i przelicza. Jaka droga, jaka prędkość, ile pary trzeba, by z łatwością wszyscy ludzie pracę rozkładali.

Toczy tak codziennie te trybiki dzielnie. Gdy konieczne - je przyspiesza, innym razem zwalnia. Na fizyce zna się świetnie -  dobrze wie co kiedy. Gdy machinę już tę włączy, wszyscy mają siłę i do pracy, i do szkoły, nawet do przedszkola! A ta siostra ich otacza troskliwą opieką i się cieszy efektami, potem je nagradza.

 

     Ludzie więc co dnia pracują, uczą się i działają według harmonogramów, zegara oraz dni tygodnia. Ze wszystkim zdążają na czas, bo wszystko poplanowali, zorganizować zdołali, poukładali jak puzzle. Żeby to jednak zrobić, musieli ten pomysł mieć, z ziarenka pracy, rzecz jasna, no i z dzwoneczka, co cichy.

 

     A wszystkim tym zawiaduje ona - Trybiczanka Powszedniulka, piąta siostra, bardzo mądra, co o plan ten dba.

 

- Ale po co komu praca, skoro by milej było nic nie robić, się obijać, wszystko w dzióbku mieć? – spytał ją kiedyś Imbryczek, gdy marzył o wakacjach – A ja bym to zrobił tak, żeby nikt nie musiał wcale, zupełnie nigdy pracować!

 

- A pomyśl Imbryczku, co by się stało, gdyby nagle wszyscy ludzie rzuciliby swą pracę? I co oni, no jak myślisz, wtedy by robili?

 

- Poszliby na karuzelę albo też na lody! Lub do kina na film dobry, albo gdzieś na obiad? Tak, na obiad w restauracji, takiej przewspaniałej! Albo na wycieczkę jakąś, pociągiem gdzieś daleko albo łódką, na wyścigi lub też do kurortów..

 

- Hej, Imbryczku, hola, hola, poczekaj, mój mały! – zatrzymała złotobrzuszka tok myśli mknący prędko – Ale.. po co by do kina, gdy kino jest zamknięte? A i lodów też nie kupią, bo nikt ich nie zrobił. I poczekaj.. niech pomyślę, jakim też pociągiem, skoro wszystkie na tych torach stoją zatrzymane? I któż by upichcił obiad w tejże restauracji, skoro ani jeden kucharz nie przyszedłby do pracy?

 

- Ale czekaj… Ale jak to.. A no tak.. no właśnie.. Ale! – nagle podskoczył z błyskiem w oku i rzucił najgłośniej – A do szkoły to nie trzeba, bo przecież to nie praca!

 

- Ach, kochany mój maluchu, nauka nie pracą? Bardzo ważną jest i trudną, i konieczną przecież! No bo zobacz, mój Imbryczku, gdyby wszystkie dzieci ciągle były na wakacjach, co by stać się mogło?

 

- No co.. bawiłyby się świetnie! – podskoczył jak zwykle, podekscytowany.

 

- Całe lata i bez końca? A potem co dalej?

 

- Aaaa! – nagle pojął Imbryk w przebłysku zrozumienia - To ja wiem już chyba czemu się tak muszą uczyć! Żeby potem móc wyrosnąć na mądrych dorosłych! I by mogli potem chodzić do codziennej.. do pracy? Jakie to strasznie nudne..

 

- Ależ skądże nudne! To fascynujące! Można stworzyć swe marzenie i latami spełniać. Pamiętasz, jak ciotka Aria Lukrecja nam opowiadała, ile szkół musiała skończyć, by w operze śpiewać? Ileż godzin tak musiała przed nutami ćwiczyć? Ileż czasu jej zajęło, by stać się taką sławną?

 

- To znaczy.. – zastanowił się Imbryczek – że praca może być też spełnionym marzeniem? I że można swoją pracą latami się cieszyć?

 

- Dni powszednie, są Imbryczku naszą codziennością, a marzenia się wtapiają w tę codzienność właśnie. A że życie pełne przecież chwil jest powtarzalnych, to by nuda się nie wkradła, trzeba zadbać o to i odnaleźć  w  tych szarościach przeróżne kolory, a i praca, i nauka daje mnóstwo frajdy. Gdy coś daje satysfakcję, zmienia się w spełnienie. I dlatego obowiązki mogą być przygodą, którą przez caluśkie życie można wiąż przeżywać!

 

- Rzeczywiście, w tym co mówisz, dużo prawdy widzę! No bo kiedy z Imbryczanką kończymy swą pracę to tak miło na serduszkach, że wszystko zrobione! I że wszyscy tacy wdzięczni i zadowoleni.

 

    Trybiczanka Powszedniulka przytaknęła i wstała od stołu, bo musiała się szykować do jutrzejszej pracy. Jutro przemknie znów w Świat Ludzi przez ogromny portal, aby pracą zawiadywać, gdy machinę włączy.

 

 

 

odc. 13

Portal

/olej na płótnie 100 x 81, JWS/

 

 

      Za znajomym oknem kuchni Imbryczanki Kofirbatki roztaczał się piękny widok. Niebo, jak zawsze niezwykłe, pełne odcieni granatu i smugi jasnego światła, białego, żółtego i bordo. Spojrzała na wielkie dzbany, na te dalekie i bliskie, ogromne jak góry prawie i lśniące ceglanym kolorem. Dzbany te, tak jak domy całkiem dużego miasteczka, mieszkaniem były dla różnych z krainy przedziwnych istot, z którymi siostry nam znane serdecznie się przyjaźniły.

 

      Kiedy już wstał poranek, a Trybiczanka Powszedniulka dostała swój termos z kawą, by wybrać się daleko, aż do Świata Ludzi, jedna z unoszących się w powietrzu dróg rozłożyła się przed nią jak dywan. Prowadząc slalomem przez pola, wody szumiące i lasy, doprowadziła dziewczynę do miejsca zwanego Portalem.

 

     Przysiadła na chwilę maleńką, bo miała wszak czasu troszeczkę i napawała widokiem, który tak dobrze znała.

 

     Na tle granatowego, czystego, nocnego nieba, w powietrzu, bardzo wysoko unosiła się piękna, miedziano-mglista  platforma. W kształcie malarskiej palety, jak wiele przestrzeni w krainie. Tuż pod nią ogromne dzbany, jak ludzkie wieżowce w osiedlach, pięły się bardzo wysoko, aż do samego nieba, co lśniło tysiącem gwiazd.

 

  Każdy z ogromnych dzbanów opasany był falującymi bez przerwy wstęgami wielobarwnych dróżek i ścieżek, którymi przybywać mogli ci, co w swej podróży są. A każda ścieżka – wstęga kolorem swoim zdradzała, dokąd podróżnik ten zmierza i dokąd przeniknąć chce.

 

    Dzbany te na swych dachach kwieciły się ogrodami, rosły w nich drzewa i krzewy, i zieleniła się trawa. Te zielone parki to miejsca odpoczynku. Czekają na wojażerów, a także na dróżników, gdy w swojej ważnej pracy mają należne przerwy. Dróżnicy pracują wewnątrz tych dzbanów przeogromnych, w swych biurach dbają o rozkład przemknień w obie, rzecz jasna strony.

 

     Przemknienia zaś się dzieją poprzez niezwykłą bramę, co w kształcie dzbana jest także i każdy kolejkę swą ma.

 

    Bramą tą można przenikać w najprzeróżniejsze światy – do Świata Ludzi, Fantazji, do Świata Baśni czy Snów. Zanim to jednak nastąpi, trzeba dokonać wyboru i stanąć na jednej ze ścieżek,  co poprowadzi do drzwi. Drzwi takich wiele, dziesiątki, do wnętrza dzbanów prowadzą, a stamtąd do stacji właściwej, by Portal otworzył się. A kiedy się otwierał, przecudnie wtedy lśnił i widok ten od zawsze zachwycał Trybiczankę.

 

- Trybiczanko Powszedniulko! Witaj nam, kochana! Mam dobre wieści od ptaków! – miły głos Przedświtnicy Przedbudzennej przerwał siostrze zadumę, gdyż właśnie najstarsza siostra przed chwilką przez Portal wróciła do ich rodzinnej i ciepłej Krainy Dzbanów. Do domu.

 

- Tak? Masz wieści? A dobre? – ożywiła się Trybiczanka z niecierpliwością czekając na odpowiedź siostry.

 

- Tak, tak! Ptak-matka po otrzymaniu piór od swego męża-ptaka, co je po świecie nazbierał od innych ptasich mam, by mogła znów zdrowie odzyskać, jest już sił pełna, szczęśliwa, z radością na jajach znów siedzi!

 

- To wspaniale! - ucieszyła się Trybiczanka i ucałowała siostrę, której diamentowy naszyjnik zadźwięczał szkliście i pięknie. – A czy Kogutniczka Przebudzanka jest tu też gdzieś z Tobą?

 

- Nie, rozdzieliłyśmy się właśnie. Przebudzanka też wróciła ale z Pamiętulką Wszystkowziętką na łąki szumiące pobiegły, bo już swoje zadania na dzisiaj już wypełniły.

 

- No właśnie, właśnie! Wy wolne, a przede mną praca! Nie ma to jak praca na zmiany – roześmiała się Trybiczanka, całując w policzek siostrę - Zmykam już teraz, siostrzyczko, potem się znowu spotkamy. Koniecznie musicie w końcu opowiedzieć, jak na wystawie wam było! Teraz już muszę uciekać, bo pracy machinę czas włączyć! Do zobaczenia przed nocą. Bawcie się dobrze, kochane!

 

   Pożegnały się dziewczęta i każda pobiegła swą drogą. Trybiczanka Powszedniulka wskoczyła na wstęgę różową, która uniosła jej postać wysoko na ziemią i lasem, by już po chwili ją donieść aż do przystanku przed dzbanem. Gdy tylko nóżki dziewczyny stanęły już twardo na progu, wstęga zafalowała, miękko się zawinęła i opadając gdzieś znikła.

 

Spojrzała dziewczyna na Portal i uśmiechnęła się pięknie. Dróżnik ją miło powitał skinieniem kapelusza.

 

- Czy bilecik jest? – spytał bardziej z obowiązku, niż by się upewnić, bo znał ją przecież dobrze i doskonale wiedział, że stały ma bilecik ta nasza Trybiczanka.

 

- Oczywiście, że  jest, jak zawsze na swym miejscu. – Wysunęła rękę i wyjęła z mankiecika niewielki kartonik. Dróżnik dotknął biletu (w kształcie trybika z ząbkami) i przeskanował go sprawnie, jak w każdy, powszedni dzień.

 

- Droga wolna Trybiczanko, możesz w podróż mknąć.

 

    Trybicznka Powszedniulka pięknie podziękowała, pożegnała się i spokojnym krokiem podeszła do unoszącego się nad podłogą świetlnego, dużego dysku. Ten opuścił się niżej, by mogła na niego wejść i gdy już na nim stanęła, podniósł się lekko ku górze i sunąc tak powolutku, dowiózł do miejsca, jak most.

 

    Przed nią, w kosmicznej przestrzeni roztoczył się wielki Portal. Żarzył się białym światłem, pulsował miłym podmuchem. Powietrze w nim lśniło falując, a ciepło owiało dziewczynę i rozświetliło w tej chwili całą jej drobnąpostać. Trybiczanka poprawiła tańczące włosy na wietrze i mrużąc oczy w uśmiechu odetchnęła głęboko, bo uwielbiała ten moment przeniknięć w wybrany świat. 

 

     Dróżnik polubił te siostry, które codziennie przepuszczał, ale najbardziej zaś czekał na siostrę szóstą - poetkę. Nigdy nikomu nie mówił, że się w niej podkochiwał, a czekał z wielką tęsknotą na każdą jej podroż przez Portal.

 

     Dzisiaj, w oczekiwaniu zakochany dróżnik w wielkim kapeluszu napisał jej nawet wiersz, bo wiedział, że już niebawem przybędzie tą właśnie różową wstęgą i znów z nim zamieni zdań kilka. Jak zwykle w rymy je złoży, wierszując każdziutkie koniecznie.

Bo ona, ta siostra szósta, wierszem tak mówi od zawsze, a czemu tak właśnie robi? No bo inaczej.. nie umie!

 

     A potem, gdy rymów zabraknie, dróżnik zawstydzi się pewnie i szybko jej bilet skasuje, i wyśle w kolejna podróż. A ona stanie tak piękna, na kręgu Portalu świetlistym, a on będzie cierpliwie czekać na jej powroty z tęsknotą.

 

     Teraz, gdy Trybiczanka przenikła do Świata Ludzi, zostało już niewiele czasu by przyszła tu siostra szósta. Bo przecież wszystkie siostry przez Portal tak przenikają zawsze w tym samym porządku, nic nigdy nie zmienia się.

 

     Dróżnik więc z drżącym sercem, zdjął swój ogromny kapelusz, czuprynę czarną przeczesał i wyjrzał oknem niedużym, by wypatrywać jej już.

 

 

 

 

odc. 14

Wielodróżka Wierszołapka

/olej na płótnie 65.50, JWS, sierpień 2017/

 

 

To bardzo kolorowy portret poetki Bogumiły Kędziory vel Szabel, którą serdecznie pozdrawiam!
Jest to iezwykle kolorowa i ciepła osoba i stała się dla mnie inspiracją do stworzenia kolejnej bajkowej postaci -
Wielodróżki Wierszołapki - siostry szóstej.No i do namalowania tego obrazu.

 

 

     Wielodróżka Wierszołapka jest szóstą z siedmiu sióstr. Rozmarzona, roztańczona, kocha podróżować. Kiedy zwiedza różne miejsca, szuka inspiracji, aby po powrocie potem pisać o tym wiersze. Tak więc mierzy wszystkie ścieżki, drogowskazy czyta i kompasem, oczywiście umie się posłużyć.
 

      Kiedy w nową podróż rusza, jest przygotowana i w walizce swojej małej ma apaszek mnóstwo. I jedwabne, te cieniutkie, grubsze – bawełniane, a na mrozy trzaskające ma wełniany szalik. Bo pogoda różna bywa, podróżnicy wiedzą, że z wyprawy radość mała, kiedy zmarzną uszy. Wielodróżka ma więc także pelerynki różne oraz rękawiczki ciepłe z prześliczną falbanką.

 

      Wielką słabość ma dziewczyna też do koralików. Dużych, małych, wielobarwnych i w przeróżnych kształtach. Na okazje uroczyste i na co dzień inne, zawsze stroi się w nie chętnie i nosi je z wdziękiem. Kolorowo się ubiera, prawie jak papużka, z którą się przyjaźni mocno, na ramieniu nosząc. Zawsze razem podróżują, znajdując w potrzebie tych, co trzeba im radości oraz pocieszenia.

 

- Dokąd? Dokąd Wielodróżko, będziemy dziś chodzić?
  Czy będziemy śniegi topić czy upały chłodzić?  - pyta często ta papużka, bo ciekawska bardzo, a jej miła towarzyszka śle jej uśmiech tylko, zanim zdradzi tajemnicę kolejnych wojaży. Bo uwielbia tajemnice i wszelkie sekrety, i odkrywa je ochoczo i notuje wszystko.

 

    W Świecie Ludzi jej zadanie jest dość osobliwe. Budzić ma wszak w ludzkich sercach te najmilsze chwile, żeby wspomnień dobrych bukiet przesłonił co gorzkie. Żeby smutki  i problemy odleciały precz, Wielodróżka Wierszołapka zmienia je w motyle.

 

- Dziś papużko wyruszymy do kilku miasteczek,
I kupimy tam, w cukierniach, przeróżnych ciasteczek.
Ludziom smutnym podrzucimy te wszystkie łakocie,
By kosztując tych słodyczy wskrzesić wspomnień krocie.
O tym, co się wydarzyło u nich przemiłego,
I co może znów rozbudzić dużo najlepszego.
Nie o smaki wszak tu chodzi, a o inne sprawy,
Bo gdy smutni są, znudzeni, nie chcą już się bawić.
A gdy człowiek już zabawę całkiem na bok składa,
To gnuśnieje, popłakuje.. Radą – czekolada!

A gdy słodycz na  języku, milej i przyjemnej
I już można na świat spojrzeć odrobinę pewniej.

 

     Wielodróżka Wierszołapka jest niezwykle miła i jak inne też jej siostry bardzo dba o ludzi. Nie chce aby smutek gościł w ich tak dobrych sercach, więc dlatego robi wszystko, by troski odganiać. I tak wymyśliła to sobie, że najłatwiej jest wspomnieniem miłych zdarzeń to, co niemiłe przegonić.

 

      No bo wszyscy dobrze wiemy, że kiedy jest nam smutno, gdy się coś nam nie uda, ktoś nam przykrość sprawił, to siadamy i myślimy. Czasem łza popłynie, lecz gdy myśli skierujemy w pozytywną stronę, to się nagle okazuje, że humor się poprawia. Wtedy nagle odczuwamy, że siła w nas wzrasta, żeby troski opanować i czoła im stawić. Z odwagą!

 

- Chodź papużko ma kochana, przestań się tak puszyć,
Bo zadanie ważne mamy, czas już w drogę ruszyć!
Smak zdarzenia beztroskiego przypomnieć prędziutko,
Żeby gorycz troski wielkiej trwała jednak krótko.
Trzeba mocy dodać ludziom w chwilach bezradności,
By o szczęście zawalczyli i o czas radości.

 

    Wielodróżka Wierszołapka zabrała z przedpokoju swą ulubioną siatkę, jakby na motyle, choć już wiecie, skąd motyli w świecie mamy tyle. Będzie łapać dobre myśli i prześliczne wiersze, co szybują nad miastami i łąkami zwykle. Po dniu pracy je obejrzy i posegreguje, aby wiedzieć, które komu przydać by się mogły, bo nie z każdym takiej samej używa metody, przecież inne charaktery mają różni ludzie.

 

   Nagle sobie przypomniała swego znajomego, stąd, z Krainy Dzbanów, który nieco smutnym czasem jej się też wydaje. Wyciągnęła więc karteczkę ze swej torebeczki i wachlując przed papużką, tak jej powiedziała.

 

- Mam tu jeden wiersz przemiły dla mego dróżnika.
Bo będziemy, ma papużko, Portalem przenikać.
Co dnia mam okazję przecież wiersz mu podarować,
Który mam dla niego właśnie, ale ciągle chowam..
Ale teraz mu go nie dam, chociaż o tym marzę.
Może potem, gdy wrócimy, wtedy się odważę?

- Ach, jak  patrzysz w jego oczy czarne jak węgielki,
To aż miło na serduszku, bo uśmiech masz wielki!
Myślę, moja Wielodróżko, że nieśmiały taki,
Bo powodem toś ty sama. A on nie chce draki! – odpowiedziała jej barwna towarzyszka, poruszając radośnie głową we wszystkie boki i nastroszyła piórka, tworząc na swej małej główce przepiękny pióropusz, jak jakiś, co najmniej, Indianin!

 

    Zaśmiały się – jedna dźwięcznie, a druga – nieco skrzecząc i wskoczyły szybko obie na jedną z tych podpływających pod stopy wstążek-dróżek prowadzących do Portalu, o którym już dobrze wiecie.

 

    Wielkie dzbany stały dumnie pod paletą złotą, a wiaterek ciepły, miły, tańczył po krainie. Dróżka niosła ich spokojnie prościutko do celu, mogły więc się rozkoszować widokami wokół. Wielodróżka Wierszołapka spostrzegła w oddali swoje siostry oraz też kogutka, gdyż na łąkach kwietnych, pięknych grzali się na słońcu. Wielodróżka Wierszołapka przemówiła cicho.

 

- Ty się śmiejesz, ma papużko, że lubię dróżnika?
Ach, widziałam, jak ty patrzysz, gdy kogut przemyka!
Piórka gładzisz, główką tańczysz, ćwierkasz, pomrukujesz,
Czy ty myślisz, że nie widzę, co do niego czujesz?

- Ja coś czuję do kogutka? Nawet nie myśl o tym!
Tylko patrzę, jak on pieje i jak chadza płotem!
Drze się głośno i wygina, spać nam rano nie da,
A ty myślisz, że go lubię? To by była bieda!
A faktycznie, chodzi ładnie, z dumą i dostojnie,
A i piórka ma w ogonie tak prześlicznie strojne..

 

    Roześmiała się dziewczyna ze swej towarzyszki i już nic nie powiedziała, bo wiedziała swoje. A papużka zerknęła raz jeszcze na przystojnego kogutka, który z łąki jej pokiwał grzebieniem swym czerwonym, lecz ta tylko oczami przewróciła i trzepocząc skrzydełkami udawała, że się chłodzi tak wiaterkiem i że zupełnie nie widzi tego powitania.

 

    Już bliziutko, coraz bliżej miały do Portalu. Już niebawem tam przenikną, w Świat Ludzi tętniący, by zadania dzielnie spełniać, jak każdego dnia.  Trzeba teraz tylko jeszcze do dróżnika zajrzeć, ładnie się przywitać i skasować bilet.

 

    Zanim weszły do biura na przystanku, Wielodróżka Wierszołapka poprawiła grzywkę, podszczypała ciut policzki, by różowe były i drzwi pchnęła drobną rączką. Te się otworzyły.

 

- Witaj, witaj nam dróżniku, znów się spotykamy.
Dziś do Świata Ludzi jak co dnia zmierzamy.
A ciebie poprosimy o miłe traktowanie
I szybciutkie nam biletów naszych skasownie.

 

Dróżnik, jakby przestraszony, wstał z krzesełka prędko, zdjął kapelusz, znów założył i wyciągnął dłonie. Jedną, by bilecik z rąk dziewczyny odebrać, drugą, by skasować, bo to jego praca. Szybko oddał jej kartonik co w kształcie motylka, bo motylki Wielodróżka ukochała sobie. I tak stojąc jak na baczność żołnierz w wojsku stoi, patrzył na swą Wierszołapkę bez jednego słowa. No bo wiecie, moi, mili, słowa mu umknęły, kiedy patrzył na dziewczynę tak z zapartym tchem.

 

A papużka siedząc na ramieniu Wielodróżki Wierszołapki, przebierała wesoło nóżkami i chichrała się głośno, co dróżnika, oczywiście speszyło okrutnie. Zdołał tylko szybko sięgnąć do kieszeni w spodniach i wyjąwszy papier jasny podał go dziewczynie.

 

- A cóż to, mój dróżniku za liścik mi podałeś?
Pisać wolisz, a się słowem nic nie odezwałeś?
Dziś, gdy wrócę, może mógłbyś wziąć nas do ogrodu?
Gdzie dróżników i ich gości wielu bywa z rodu?
Piękne drzewa, krzewy, kwiaty z dróżek wszak widziałam
Być na dachu dzbana zawsze bardzo chciałam..

 

- Tak, z chęcią wielką. Zapraszam cię gorąco. – ożywił się dróżnik troszczeczkę - A list.. poczytasz w wolnej chwili. Jeśli zechcesz, dobrze? – spuścił oczy zawstydzony i prędko im Portal otworzył, bo tak tą niespodziewaną propozycją się przejął, że teraz nie wydusiłby już chyba ani jednego słowa. Musiał ochłonąć i usiąść. I wolałby zostać sam.

 

    Dziewczyna skinęła potakująco głową, weszła lekko na świecący, unoszący się dysk, by dowiózł ją do Portalu, którym za chwilkę przeniknie do Świata Ludzi, jak każdego dnia smutki ich prędko rozwiewać.

 

   Dróżnik zazwyczaj był bardzo spostrzegawczy, tak więc patrząc, jak odeszła, zauważył, że zanim przemknienie się stało, miła mu panna liścik od niego otworzyła, przeczytała szybko i z rumieńcami na twarzy do serca go przytuliła. Po chwili już jej nie było, gdyż Portal płynnie pulsując, rozbłysnął świetlistą tęczą, zamknął się cicho i zgasł, czekając cierpliwie na dalszych podróżujących z Krainy Dzbanów - gdzieś tam, by wrócić tu znów. Jak do domu.

 

 

 

 

 

odc. 15

Wołanie

/olej na płótnie 50x65, JWS z cyklu "Kraina Dzbanów"/

 

 

 

      Nad falującą łąką pełnej kwitnących kwiatów uniósł się tłum białych pyłków. Maleńkie, puchate kołtunki płynęły w powietrzu wraz z wiatrem i opadały lekko na twarze i włosy dziewcząt leżących na trawie.

 

- Apsik! – kichnęła  Kogutniczka Przebudzanka, której jeden z pyłków wpadł prosto do zadartego noska. Usiadła aż nieszczęśnica i piąstką potarła nos. - Ależ tego tu dzisiaj! Trzeba już chyba do wracać domu, no nie da się tutaj w spokoju odpocząć, doprawdy! A-psik! Nie to, co w galerii obrazów, tam czysto, przejrzyście i jasno – powiedziała do sióstr i wstając otrzepała swą jedwabną, blado-różowo sukienkę.

 

- No właśnie! Miałyście nam opowiedzieć jak w tej galerii wam było – ożywiła się Pamiętulka Wszystkowziętka.

 

- No cóż, wspaniale! – przejęła temat Przedświtnica Przedbudzenna, która – jak pamiętacie - wraz z Kogutniczką na zaproszenie ciotki Arii Lukrecji w świecie artystów calutki miesiąc spędziła. – Było tam mnóstwo obrazów, a każdy z nich miał miejsce na ścianie i z dumą patrzył na widzów. My obie – pokazała dłonią na kichającą siostrę – dostałyśmy od ciotki Arii Lukrecji ramy, weszłyśmy w nie bardzo chętnie i kiedy ludzie przybywali do galerii by wszystkie dzieła oglądać, byli przekonani, że jesteśmy obrazami – zachichotała wesoło – Ale potem, kiedy  galerię na noc zamykano, wszyscy bohaterowie z ram ożywiali się i hasaliśmy po pięknych pejzażach do woli. Bawiliśmy się w chowanego i śpiewaliśmy pieśni. I opowiadaliśmy sobie historie i różne ciekawe zwyczaje - każde ze swego świata. To była prawdziwa  skarbnica wiedzy i wszystkie postaci z tych płócien serdecznie się przyjaźniły. Za dnia – nieruchomo daliśmy się podziwiać, a nocą w zamkniętej galerii tętniło prawdziwe życie!

 

- A ten wer-ni-saż? – zaciekawiła się Imbryczanka Kofirbatka, leżąc na trawie z Imbryczkiem, bo przypomniała sobie, że słowo to się pojawiło, gdy siostry na wystawę z ciotką odjeżdżały.

 

- Ach.. no wernisaż to jest prawdziwe święto! Święto uroczystego otwarcia wystawy obrazów! Z malarzami i zaproszonymi gośćmi i organizatorami wystawy, którzy to święto prowadzą. A był tam także i koncert! I wszyscy tak zasłuchani..

 

- Oj tak – wtrąciła Kogutniczka – ślicznie śpiewała dziewczyna! I sala po brzegi pełna, i brawa, i kwiaty, zachwyty.

 

- A artyści malarze – ciągnęła Przedbudzenna - za pokazanie swych dzieł dostawali certyfikaty! To takie dyplomy poważne, wręczane im uroczyście, które schowają potem do swojej dokumentacji. Malarze, zaproszeni przez prowadzących na scenę, opowiadali o tym, jak malują, jak tworzą, jak rodzą się w głowach pomysły. Ach, nie wiedzą jednak, skąd te zdolności w ich duszach.

 

- Jak to nie wiedzą – ożywiły się siostry kiwając niedowierzająco głowami. – Przecież to każdy z nas wie!

 

- No właśnie, my wiemy, ale oni nigdy nie byli przecież w naszej Krainie Dzbanów.. – zwiesiła głos Przedbudzenna, bo właśnie zauważyła, że na złotej palecie poniżej, za łąką, pod górami, w pewnym odwiecznym miejscu zaczęła poruszać się ziemia. – Popatrzcie, Olbrzym Talentów się budzi..

 

        Dziewczęta usiadły zauroczone i obserwowały codzienny rytuał olbrzyma. A budził się cicho i lekko, potężny, ogromny, półnagi. Powoli spod ziemi powstawał, bo spał pod kołderką z mchów. Ramiona potężne wysunął, głowę uniósł leniwie, przeciągnął się, usiadł i spojrzał na góry, gdzieś w dal. W jego niebieskich oczach lśnił najpiękniejszy blask i coś, co zachwycało każdego, na kogo tylko popatrzył. Była w nich mądrość i siła, była też delikatność.

 

        W oddali, tuż, pod górami, majaczył się wielki kapelusz, przypominający do złudzenia gigantyczny grzyb, choć wcale a wcale nim nie był! To Amfiteatr Uzdolnień!

Olbrzym podszedł do niego i przysiadł pod nim jak pod ogromnym dachem. Przymknął oczy, zamyślił się mocno, splótł piękne dłonie o długich  smukłych palcach i zaczął nucić swą pieśń. Głos miał tak cudny, spokojny, a śpiewał niegłośno, subtelnie i każda nuta tej pieśni wznosiła się w górę kopuły dachu tegoż amfiteatru. Gdy dźwięki dotknęły ścianek, zmieniały się w drobne kropelki. Łączyły się w pulchne obłoczki i wypływając na zewnątrz sunęły prosto ku Portalowi.

 

- Co teraz z tymi obłoczkami? Dokąd zmierzają przez Portal? – zapytał Przedświtnicę Imbryczek, słuchając przecudnej pieśni unoszącej się po całej krainie. Dziewczyna odpowiedziała mu szeptem, by pieśni nie zagłuszać:

 

- Każdy z obłoczków tych lekkich jest artystycznym talentem, takim najcichszym wołaniem, co  do tych artystów dociera i pulsując w ich piersiach rozlewa się ciepłem najsłodszym i czułym. Jak od pierwszego wejrzenia - wielkie zakochanie. I wtedy muszą już tworzyć i nic ich powstrzymać nie zdoła. Malarze - obrazy malują, świat odtwarzając najwierniej lub powołując do życia światy z fantazji i snów. Rzeźbiarze z kamienia i gliny wydobyć potrafią postaci, które jak zastygnięte we śnie na wieki trwają na swoich wysokich cokołach. Tancerze i baleriny swym smukłym i pięknym ciałem przekazać potrafią emocje i opowiadać historie. Śpiewacy głosem czarują, aby zachwycać nim innych i dać im chwilę szczęścia. Kompozytorzy poważni spisują  długie melodie, co grają w ich duszach cicho, by potem muzycy wspaniali grali symfonie. Poeci i literaci dostają dar słowa niezwykły i nim się posługując zachwycić potrafią i wzruszyć.

 

- Ach.. to ładnie.. Ale nie bardzo wiem,  po co ludziom talenty, te wiecie, artystyczne? Bo przecież bez nich by chyba też mogli miło całkiem ciekawie żyć.. Do czego ludziom ten artyzm? – spytał Imbryczek nieśmiało.

 

- Ach, bo artyści.. – westchnęła Przedświtnica Przedbudzenna  - to bardzo wrażliwi ludzie. Wołanie potrafią usłyszeć oraz przekazać je dalej, swoją twórczością i sztuką. Robią to, by świat upiększać i wzmacniać moc odczuwania. A czasem nawet i po to, aby pokazać innym, że uczuć nie wolno się wstydzić.

 

- Uczuć się wstydzić nie wolno, nie można także ich kryć
Bo kiedy się serce zamknie, nie można sobą już być. – usłyszały rymujący głosik siostry szóstej, która przed chwilką właśnie wróciła ze Świata Ludzi i wraz z papużką błękitną podeszła do nich przed chwilką. Siostry przywitały się z nią radośnie i zrobiły jej miejsce na falujących trawach.

 

- Ach.. jak on cudnie śpiewa.. Jak woła, aż serce drży.. – westchnęła Imbryczanka Kofirbatka. Dziewczęta zamilkły i patrząc na olbrzyma z wielkim zachwytem w duszy, chłonęły tę pieśń jeszcze długo.

 

     Tylko kogucik jedyny zupełnie nieczuły na jakikolwiek śpiew, łypał zaczepnie na papużkę, która swoim zwyczajem wytrwale udawała, że go zupełnie nie widzi i odwróciła główkę ostentacyjnie w całkiem odwrotną stronę.

 

    I kogóż tam zobaczyła? Siostrę siódmą, co biegła do nich lekko, z unoszącą się na wietrze czernią rozwianych włosów, w których przepięknie lśniły białe i srebrne gwiazdki. A za nią podążała wierna gromadka mruczących dachowych kotów i coraz dłuższe ich cienie, bo dzionek już kończył się..

 

 

odc. 16

Kocinocka Dachowianka

/olej na płótnie 65.50, JWS, wrzesień 2017/

 

 

Jest to portret mojej ukochanej wnusi Ini, co ma najpiękniejsze oczka na świecie
i pełne radości serduszko - możecie mi wierzyć na słowo! To dla niej ją piszę i właśnie jej dedykuję całą tę bajkę,
tak więc oczywiście musiała koniecznie i bezapelacyjnie w tej bajce wystąpić!:)

 

 

     Kocinocka Dachowianka jest najmłodszą z sióstr. Biega lekko, tańczy pięknie, błyski w oczkach ma. W sukieneczkę jej błękitną, zwiewną, z falbankami mama Chwilka jej doszyła czerwoną wstążeczkę, którą co dnia ta panienka w kokardkę związuje i jest bardzo dumna z tego, że potrafi sama.

 

    Włosy jednak, ciemne, długie, gładkie i błyszczące nosi zwykle rozpuszczone, tworząc pelerynę. W nich lśnią gwiazdki malusieńkie, które migocząc radośnie tworzą wokół jej postaci błękitną poświatę. Czasem lśni też księżycowo, cicho, tajemniczo, gdyż ta siostra siódma właśnie zajmuje się tą porą, co przed nocką tuż.

 

    Zna baśniowych bohaterów najpiękniejszych bajek, które mamy oraz babcie do snu czytają dzieciom. I pilnuje, aby w książkach nic się nie zmieniało, a historie ukochane dobrze się kończyły. I by dzieci zasypiały z uśmiechem na twarzy z ukochaną przytulanką obok, na podusi. A gdy zasną już słodziutko, dba o ich kołderki, żeby grzały swą miękkością i nie spadły z łóżek. Jeśli jednak to się zdarzy, alarmuje mamy szepcząc cicho im do uszka i te wtedy idą sprawdzić dziecięcą sypialnię.  Przykrywają swoje dzieci, otulają ciepło i całują swe pociechy nocnym pocałunkiem.

 

     Kocinocki Dachowianki jest także zadaniem dbać o koty, co po dachach nocą spacerują. Gdy tak chodzą po krawędziach bardzo stromych dachów, by podziwiać świat z wysoka, to się zdarzyć może, że czasami się zagapią i by spadły pewnie, gdyby nie jej pomoc właśnie – niewidzialna nić. Nić ta długa i cieniutka jest mocna niezwykle, zawsze wtedy się pojawia, kiedy jest potrzebna. I dlatego żaden z kotów nie boi się chadzać ni po dachach, ni po płotach, ani też po drzewach.

 

     Nić tę bardzo czarodziejską przędzie Kocinocka, a i szyć potrafi zgrabnie zręcznymi palcami. Szyje wtedy torebeczki na swe bransoletki, które robi z koralików i rozdaje innym. A że w każdą z bransoletek uśmiech mały wplata, to kto tylko ją założy, radość wnet odczuwa.

 

    Długowłosa, czarnooka, smukła i prześliczna ma gromadkę towarzyszy bardzo rozmruczanych. I harcuje z nimi ciągle miło i radośnie, bo poznała koci język i kocie zwyczaje. Wszystkie koty, co na świecie, szczerze ją kochają i się bawią z nią co wieczór, mrucząc opowieści.

 

    Ma wiernego przyjaciela, swego Pana Kota, który wielkim jest leniuszkiem i najchętniej drzemie. Kiedy jednak się przebudzi, przeciąga się, ziewa, zeskakuje dość niezgrabnie z jej niewielkich rączek. I cóż się wtedy dzieje?

 

- Ach!  Niezdaro ma kochana, bądźże uważniejszy! – śmieje się dziewczynka głośno i trzyma za brzuszek -  Bo jak zwykle wpadasz z hukiem tam, gdzie nie potrzeba! Gdzie twa zgrabność, taka kocia, zwinność i uwaga? Ja to czasem myślę sobie, żeś ty jest łamaga!

 

    Bo musicie wiedzieć, mili, że to za jego sprawą spadają z okien doniczki, albo garnki z szafek lecą prosto na podłogę. A że Pan Kot jest niewidzialny dla ludzkiego oka, tak jak wszystkie te postaci, co z Krainy Dzbanów, to nikt nie wie oczywiście, jak to stać się mogło. Gdy upadnie coś gdzieś komuś nie wiadomo czemu, to wiadomo, Pana Kota pewnie to robota!

 

 

    (A czy pamiętacie, jak w ostatnim odcinku Kocinocka Dachowianka podbiegła do dziewcząt w Krainie Dzbanów na tę piękną łąkę? Wróćmy tam na chwileczkę, dobrze?)

 

 

- Witaj, witaj Kocinocko Dachowianko nasza, pewnie się wybierasz właśnie zadania wypełniać? – rzekły do niej siostry wszystkie siedzące na łące, zasłuchane nadal w pieśni Olbrzyma Talentów. Siostra siódma poprawiła woal z kapelusza i odrzekła głosem słodkim, lecz bardzo stanowczym:

 

- Ach, siostrzyczki moje miłe, chyba czas wam umknął, bo ze Świata Ludzi przecież teraz wracam właśnie. Już zasnęły wszystkie dzieci, pora zaraz na was, więc zapraszam do łóżeczek, bo niebawem i w Krainę Dzbanów przybędzie Dobry Sen.

 

    I tak oto wszystkie siostry pomknęły prędko do domu, bo wiedziały, że zasady są to ważne sprawy.

 

   Imbryczanka Kofirbatka podała kolację, Przedświtnica Przedbudzenna pięknie pozmywała. Kogutniczka Przebudzanka wytarła naczynia, Pamiętulka Wszystkowzietka pochowała sztućce. Trybiczanka Powszedniulka zamiotła okruszki, Wielodróżka Wierszołapka zasłoniła okna.

 

      Mama Chwilka z Tatą Czasem pościelili łóżka i już wszyscy mogli teraz wygodnie odpocząć po dniu pracy, jednym z wielu tak podobnych, powtarzalnych dni. No a Kocinocka Dachowianka najmłodsza panienka posprawdzała im kołderki, czy otulają wystarczająco troskliwie i też wsunęła się pod swoją razem z Panem Kotem, którego jasna sierść lśniła w półmroku prześlicznie, prawie jak lamka nocna.

 

     Gdy dziewczęta leżały już w czyściutkiej, pachnącej pościeli, mama Chwilka usiadła w bujanym fotelu, sięgnęła po jedną z ksiąg z półki obok i ściszonym głosem zaczęła im czytać piękną bajkę na miłe, spokojne „dobranoc”.

 

    Siostry, wtulone w mięciutkie poduszki, słuchały czytanej bajeczki, a w ciszy nocy rozległo się nagle miłe, rytmiczne mruczenie. Tak, to koty Kocinocki zasiadły na dachu i wtórując Mamie Chwilce, wypatrywały nadlatujących snów najmilszych dla wszystkich siedmiu sióstr.

 

   Tata Czas ucałował ukochane córki oraz śliczną żonę w różowe i senne policzki. Wyszedł przed domek przy płotku, na którym kogucik Kogutniczki znów rankiem zapieje. Spojrzał na Krainę Dzbanów - ogromną, przestrzenną, tak piękną i przysiadł na ławeczce w oczekiwaniu na brata. Wiedział, że przybędzie tu za momentów parę, gdyż zwiadowcy – sny, jak ptaki płynęły już po niebie.

 

     Po chwili ujrzał na ciemniejącym horyzoncie zbliżającą się wolnym krokiem  smukłą postać w wysokim kapeluszu i w długiej pelerynie ciągnącej się po ziemi.

Uśmiechnął się Tata Czas i uniósł rękę w geście powitania, gdyż brat ten - Sen Spokojny – już do nich jak co wieczór  szedł.

 

 

 

odc. 17

Zaślubiny Nocy

/olej na płótnie 65.50, JWS/

 

 

 

      Na dachu maleńkiego domku w prześlicznej Krainie Dzbanów w rzędzie siedziały koty. Mrużyły swe wielkie oczy i bujając ogonami, obserwowały niebo, które w tej części świata ciemniało już coraz bardziej, choć w części drugiej, za domkiem jaśniutkie było, błękitne. Bo dobrze pamiętacie, że w Krainie Dzbanów noc i dzień współistnieją ze sobą od zawsze i  pora zależy od tego, w którą stronę się spojrzy.  

 

     Nad domkiem siedmiu sióstr i ich kochanych rodziców noc roztoczyła swój płaszcz, a koty, te co na dachu, mruczeniem zwołały dla nich te najpiękniejsze ze snów. Sny zaś przyjaźniły się z nimi, nadlatywały lekko i chętnie przysiadywały na długich wąsach kotów, łaskocząc je czasem, tak dla zabawy, po rozmruczanych noskach. A potem się huśtały na kocich, długich ogonach, by po krótkiej chwili przez uchylone okna wpaść do sypialni dziewcząt. Namawiały się sny cichutko, który na jaką kołderkę przysiąść tej nocy dziś chce i której dziewczynie opowieść senną swą podaruje.

 

    Kiedy w sypialni dziewcząt cichutko już było, spokojnie, mama Chwilka, która zdrzemnęła się niechcący przy czytaniu bajki ocknęła się nagle i spojrzała na swe córeczki prześliczne, wtulone w miękkie podusie. Już spały słodko i mocno, mogła więc wstać z bujanego fotela, książkę na półkę odłożyć, no i dołączyć do męża i swego szwagra, przed domek.

 

    Zabrała talerz z serniczkiem, bo go upiekła na wieczór, wyszła przed domek przy płotku, na którym kogucik Kogutniczki znów rankiem zapieje, gdy tylko się dobrze wyśpi i przywitała uśmiechem dwóch przystojnych panów siedzących na małej, drewnianej ławeczce.

 

- Witaj Śnie Spokojny, wiedziałam, że już przybyłeś, bo dziewczynki zasnęły już wszystkie, a i mnie przytrafiła się drzemka. – rzekła, częstując ich pachnącym ciastem – I już się dzień skończył, możemy więc odpocząć i poczekać razem na nocne rozkwitanie.

 

- Witaj Chwilko miła, jestem, jak zwykle, co wieczór i z wami poczekam, popatrzę, nim w dalszą drogę wyruszę. – odrzekł smukły mężczyzna w wysokim kapeluszu i poprawiając ogromną pelerynę, sięgnął po kawałek przepysznego ciasta. 

 

Usiadła Mama Chwilka przy mężu, wtuliła w jego ramię, a on wziął jej dłoń i schował w swojej dłoni.

 

- Chodź tu, moja żonko, poczekamy i obejrzymy razem  dzisiejsze Zaślubiny Nocy i się tym widokiem pięknie nasycimy. – odrzekł Tata Czas i pocałował żonę w grzbiet jasnej, smukłej dłoni.

 

- Ach, - westchnęła Chwilka -  jest tak miło patrzeć jak nocny odpoczynek z dzienną krzątaninką  swą miłość co wieczór sobie przyrzekają, ślubując swe wsparcie na wieczność.

Brat Czasu, Sen Spokojny w milczeniu patrzył w dal i nagle uniósł palec i wskazał na horyzont, gdyż mleczne mgły wieczorne zaczęły się poruszać. Już wirowały na łąkach i taniec swój rozpoczęły. Niespiesznie i powoli uformowały się w wielką, półprzezroczystą kulę. Z kuli tej wyrósł dostojnie smukły i piękny dzban, a ziemia kołysząc się pod nim, jak czeluść, się rozstąpiła.

 

     Z czeluści tej błysło światło, łagodne, ciepłe, iskrzące i ukazało dziesiątki rzędów wyrastających pędów, z których rozkwitło jak kwiecie, mnóstwo drobniutkich pełnych krzepiących snów, dzbanuszków. Z każdego z tych niewielkich naczyń wydobyć się miało i światło, co drogę właściwą wskazuje, i dźwięków pięknych symfonia, co echem się niosła po świecie, sprawiając, że śpiącym sny dobre dawały siły na nowy, kolejny dzień.

 

    Patrzyli na to zjawisko codziennie, lecz zawsze w najwyższym zachwycie. Tak, jak i ludzie w swym świecie wschody i zachody słońca oglądać uwielbiają. Bo choć są powtarzalne, to nigdy nie takie same. I takie właśnie chwile mają tę wielką siłę, co pędzącym myślom każe spowolnić i skupić się na tym, co piękne, co dzieje się teraz i tutaj.

 

    Tata Czas i Mama Chwilka, wuj Sen Spokojny oraz koty na szczycie dachu z uśmiechem obserwowali te Zaślubiny Nocy i odczuwali ten spokój rozlewający się po ich radosnych sercach. I odczuwali tę siłę na nowy dzień, co rosła w nich i pęczniała.

 

- Czasie, mój bracie i Chwilko droga, już was opuścić dziś muszę, gdyż innym też się należy dobry odpoczynek. – wstał z ławki Sen Spokojny i zapiął pod szyją guzik od peleryny.

Tata Czas wstał, uścisnął brata serdecznie, a Mama Chwilka prosiła, aby pozdrowił rodzinę.

 

- Musimy się kiedyś spotkać, koniecznie i wszyscy razem. Nasze dzieci, wasze dzieci i my, przy jednym stole. – rzekła z uśmiechem podając szwagrowi ostatni kawałek serniczka. Na drogę. Poczęstował się nim chętnie, bo choć smukłej był postury, to łasuch z niego niemały.

 

- Koniecznie, droga Chwilko. – odpowiedział - Moja żona też mi mówi, że już bardzo tęskni za wami lecz sama wiesz, jak wszyscy jesteśmy zapracowani i ile obowiązków na nasze barki spada.

 

- Jest na to sposób! – uśmiechnął się Czas tajemniczo i mrugnął do ślicznej Chwilki.

 

- Ależ tak! – roześmiała się radośnie – Wystarczy, że na troszkę mój mężu któregoś dzionka się zatrzymasz, a wtedy i świat cały spowolni swój szybki zwykle rytm.

 

- Troszkę się wtedy wszystkim w Świecie Ludzi będzie dłużyło, ale nic się takiego nie stanie  – zaśmiał się Sen Spokojny – No a my utęsknionym spotkaniem nareszcie się ucieszymy! Razem z mą żoną Jawą i synów naszych gromadką już dziś was zapraszam gorąco na wielkie, rodzinne przyjęcie.

 

    I tak oto wymyślili, co pewnie i uczynili, bo powiem wam tu na uszko, że to nie pierwszy raz. No ale już o tym nie tutaj, bo bajka o siedmiu siostrach już ku końcowi dobiega.

 

    A co do zatrzymującego się nagle czasu, to wiedzieć musicie, mili, że jeśli się kiedyś wydarzy, że czas wam zbyt mocno się dłuży, to pewnie jest to ich sprawka, spotkaniem swym cieszą się gdzieś. Nie miejcie im jednak tego za złe, bo wśród codziennej pracy i wielu obowiązków, to o rodzinne więzy należy troskliwie dbać. Jak w Świecie Ludzi, tak i w Krainie Dzbanów jest to ważna i droga, miła każdemu powinność.

 

    A teraz sza.. bo siostry tak słodko i mocno śpią, sił na dzień nowy z dzbanuszków snów pobierając. A gdy nocka zacznie się kończyć, pierwsza z łóżka wstanie Przedświtnica Przedbudzenna, aby pozbierać sny z ludzkich wiosek i miast, i w kolie je cudne ułoży, nim Kogutniczka swą piosnkę kogucikowi zanuci..

 

 

 

 

KONIEC

 

 

-----------------------------------------------------------------------------------------

 

Drogi Czytelniku!
Jeśli tylko masz życzenie,
możesz zostawić swoje opinie i spostrzeżenia
oraz komunikować się z autorką w wydarzeniu pt.
"Bajki pachnące terpentyną: SIOSTRY"
na fanpage'u:


Galeria Baśni i Snów Jolanty Walentyny Sobolewskiej

Tam też dzieje się
BAJ-SŁUCHOWISKO,
gdzie można posłuchać w odcinkach tej bajki,
a czyta je sama autorka:)

Znajdziesz je także na YouTube w wygodnej playliście pt.
Bajki pachnące terpentyną: SIOSTRY
- tu:

Baj-słuchowisko

 


Inne cykle malarskie

PRAWA AUTORSKIE      Zgodnie z przepisami  Dz.U. 1994 Nr 24 poz. 83 USTAWA z dnia 4 lutego 1994 r o prawie autorskim i prawach pokrewnych,  wszelkie prawa do obrazów,  fotografii,    grafik  i  tekstów opublikowanych na stronie internetowej www.jwsobolewska.pl są własnością jej autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich w jakiejkolwiek formie bez wiedzy i zgody autorki jest zabronione. ART.115 Kto przywłaszcza sobie autorstwo, albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości, lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania podlega grzywnie albo pozbawienia wolności do lat 3.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright ©